Reklama

Smoleńskie szkice

Niedziela Ogólnopolska 9/2012, str. 12-14

Dominik Różański

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - „10 kwietnia 2010 r. samolot nie powinien wylecieć z Warszawy” - taką konkluzję z nieopublikowanego jeszcze w całości raportu NIK-u przekazały media 21 miesięcy po katastrofie smoleńskiej. Nic nowego? Czy raczej budzi to Pana zdziwienie?

Reklama

ANTONI MACIEREWICZ: - Ta publikacja NIK-u w pełni potwierdza analizy i wnioski, jakie przedstawiliśmy blisko rok temu w Białej Księdze, co do odpowiedzialności ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, a także szefa BOR-u - a co za tym idzie - ministra MSWiA Jerzego Millera. Z opublikowanego streszczenia wniosków NIK-u wynikają także zasadnicze zarzuty pod adresem szefa Kancelarii Premiera Tomasza Arabskiego oraz ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Dziwi mnie jednak fakt, że publikacja miała charakter cząstkowy i nie zawierała wszystkich analiz. To pierwszy taki przypadek, kiedy NIK przekazuje do mediów podsumowanie swego raportu, nie przedstawiając jednocześnie wniosków z całości analizowanego materiału. W trakcie badania katastrofy smoleńskiej NIK kontrolował prace siedmiu jednostek organizacyjnych państwa, ale pospiesznie opublikował tylko wyniki kontroli Dowództwa Sił Powietrznych i 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Nie uzyskaliśmy początkowo materiałów z pozostałych pięciu jednostek, np. z Kancelarii Premiera. Nie ma też wyników kontroli Ministerstwa Obrony Narodowej... Wciąż też trwa spór o zakres odpowiedzialności kierownictwa BOR-u, a więc i MSWiA, a rząd Tuska za wszelką cenę broni gen. Janickiego. To zadziwiające, bo przecież przepisy są jednoznaczne i nakładają na ministra MSWiA, szefa BOR-u i szefa operacji odpowiedzialność za bezpieczeństwo Prezydenta RP także na lotniskach zagranicznych. Ta niejasna sytuacja jest skutkiem dwuznacznego sposobu publikacji raportu NIK-u.

- Faktem jest, że tak wybiórczy sposób prezentacji raportu NIK-u pośrednio przywołuje starą tezę o winie pilotów.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Rzeczywiście, stworzono wrażenie, iż najwięcej zaniedbań było po stronie pilotów i Dowództwa Sił Powietrznych. Dlatego ten sposób prezentacji jest po prostu nieuczciwy. Wiadomo przecież, że to nie bałagan i nie problemy z wyszkoleniem pilotów były przyczyną tragedii. Gdy analizujemy najnowszy odczyt ścieżki dźwiękowej z kokpitu autorstwa Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna z Krakowa, widzimy, że teza o bałaganie i nerwowości w kokpicie była po prostu rosyjską konstrukcją propagandową, mającą uderzyć w polskich pilotów. Było wręcz odwrotnie - w kokpicie panował absolutny spokój. Warto przypomnieć, że atmosfera w kokpicie była przedmiotem uwag ministra Bogdana Klicha podczas rozmowy nagranej tajnie przez Edmunda Klicha. Pan minister mówi, że najbardziej szokuje go to, iż piloci „do końca tak spokojnie odczytują kolejne wysokości w przekonaniu, że lecą prawidłowo”. Tymczasem oni odczytywali wysokości w sposób niezwykle opanowany, bo rzeczywiście do tego momentu lecieli prawidłowo.

Reklama

- Po 21 miesiącach oprócz prasowej próbki raportu NIK-u pojawiły się ekspertyzy naukowe, choć nie przełomowe, to jednak zmieniające i rozszerzające dotychczasową wiedzę na temat katastrofy. Tymczasem polski akredytowany przy śledztwie prowadzonym przez rosyjski MAK, Edmund Klich, beztrosko oświadcza w telewizji, że wcześniej nie było potrzeby prowadzenia szczegółowych analiz laboratoryjnych, gdyż sprawa już po pierwszych oględzinach była oczywista.

- Pan Edmund Klich, gdy go wielokrotnie pytaliśmy, czy badano skrzydło, czy robiono jakieś analizy, powtarzał, że nie, bo przecież Rosjanie już to robili i wiadomo, że skrzydło uderzyło w brzozę, urwało się i tyle... Dramatyczne i niezrozumiałe jest to bagatelizowanie i banalizowanie wszystkiego, nawet własnych obowiązków i przekładanie tylko na wymiar i efekt propagandowy, a nie naukowo-analityczny. I powtarzanie tego przez 21 miesięcy...

- Edmund Klich uważa się dziś za człowieka szykanowanego przez rządzących polityków...

- Nie sądzę, by tak było, choć zapewne dochodziło do nieporozumień. Gdy patrzę na działania płk. Klicha od początku tej tragedii, mam wrażenie, że za wszelką cenę chciał doprowadzić do tego, by nikt poza nim nie miał dostępu do informacji i danych na temat katastrofy... Stąd tak charakterystyczny jego konflikt z prokuratorem Krzysztofem Parulskim - obaj panowie dążyli do rozszerzenia własnych kompetencji i zmonopolizowania kontaktów z Rosjanami.

- O czym to świadczy?

Reklama

- O tym, że obaj są funkcjonariuszami reprezentującymi starą szkołę relacji z Rosjanami, w której najważniejszy był bezpośredni dostęp do „ucha cesarza”. W przypadku pana Edmunda Klicha to się sprawdziło. To do niego już w ciągu pierwszej godziny po tragedii zadzwonił zastępca szefowej MAK-u Aleksiej Morozow; dlatego to on został akredytowanym i tak długo zajmował stanowisko przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Bez wątpienia w sprawie tragedii smoleńskiej to Rosjanie wyznaczyli nie tylko warunki prawne i organizacyjne badania katastrofy, ale także podjęli najważniejsze decyzje personalne. To oni „mianowali” tych, którzy w Polsce decydują o ocenie tragedii i dzięki temu uzyskują korzystne dla siebie wyniki.

- To bardzo przygnębiająca teoria i oskarżenie, Panie Pośle!

- Niestety, fakty to potwierdzają. Moim zdaniem, np. prokurator Parulski, szef Prokuratury Wojskowej, nie wywiązał się zupełnie z wynikających z kodeksu postępowania karnego zobowiązań: zabezpieczenia miejsca wypadku, zabezpieczenia gwarancji eksterytorialności szczątków samolotu oraz wszystkich dowodów (przede wszystkim czarnych skrzynek). To na prokuratorze Parulskim spoczywał obowiązek oględzin miejsca oraz zwłok ofiar katastrofy i obowiązek dopilnowania sekcji zwłok, a przynajmniej zagwarantowania czynnego uczestnictwa w tej procedurze polskich przedstawicieli... Jak wiadomo, tylko sekcja zwłok pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego została przeprowadzona w Smoleńsku, w obecności Polaków. Płk Parulski nie doprowadził do tego, by polscy prokuratorzy mogli razem z Rosjanami wykonać sekcje zwłok pozostałych ofiar katastrofy przewiezionych do Moskwy.

- Może to jednak z powodu kategorycznego sprzeciwu Rosjan?

Reklama

- Nie było takiego sprzeciwu. Stanowisko prezydenta Miedwiediewa oraz atmosfera narady między prokuratorami polskimi i rosyjskimi w Smoleńsku w dniu katastrofy, trwającej od godz. 23 do godz. 1 po północy, jest dowodem na to, iż prokuratura rosyjska była gotowa, by takie uczestnictwo stronie polskiej zagwarantować. Wynikiem tej wspólnej narady była konkluzja, że prokuratorzy polscy będą mogli uczestniczyć we wszystkich czynnościach prawnych. I dlatego do 13 kwietnia prowadzono wspólne przesłuchania świadków, i dzięki temu udało się nam uzyskać bardzo istotne dla sprawy informacje.

- Posądza Pan polskich prokuratorów o zaniechania i zaniedbania?

- Tak. Prokurator Krzysztof Parulski - przede wszystkim - nie zadbał o to, by polscy prokuratorzy dokonali oględzin miejsca tragedii. Trwa teraz dyskusja wokół tego, gdzie znaleziono ciało śp. gen. Błasika. Określenie tego miejsca miało być dowodem na jego obecność w kokpicie. Gdybyśmy dziś dysponowali choćby szkicem sytuacyjnym sporządzonym przez polskich prokuratorów, to nie byłoby problemu z jednoznacznym rozstrzygnięciem tej sprawy. Jednak my nie mamy tego rodzaju polskiej dokumentacji! Posiłkujemy się tylko bardzo ogólnikowym komunikatem rosyjskim, stwierdzającym, w którym sektorze znaleziono zwłoki.

- Rosjanie zapewne też nie sporządzili dokładnego szkicu... Od samego początku chętnie zrzucamy winę na rosyjskie bałaganiarstwo...

- Mam odmienne zdanie na ten temat. Znając Rosjan, myślę, że jednak zrobili bardzo dokładny szkic, ale wyłącznie do swojej dyspozycji. Cechą charakterystyczną dla państwa rosyjskiego jest to, że bałagan i chaos panują na zewnątrz. I taki stan jest pokazywany po to, by nie tylko zniechęcić, ale i uniemożliwić własnemu społeczeństwu i obcym obserwatorom podejmowanie jakichkolwiek prób identyfikowania prawdziwej sytuacji. Jestem pewien, że władza rosyjska ma pełne i precyzyjne rozeznanie w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Reklama

- A polskiej władzy na takim rozeznaniu nie zależy?

- Tak się wydaje, bo o ile aparat rosyjski - ten związany z lotnictwem i bezpieczeństwem oraz aparat propagandowy - był bardzo dobrze przygotowany na tę kryzysową sytuację, to strona polska nie zdała egzaminu i zupełnie... podporządkowała się Rosji. Rosjanie od razu wiedzieli, co mówić, jakie tezy formułować, kogo po stronie polskiej aktywizować, komu udostępnić informacje, kogo promować. Strona polska okazała się zupełnie bezradna, zwłaszcza ze względu na spolegliwość aparatu państwowego i gotowość podporządkowania się rosyjskim wymaganiom.

- W Polsce - zapewne ku uciesze Rosji - ciągle toczymy naszą wewnętrzną walkę o prawdę smoleńską... Oficjalni polscy eksperci i komentatorzy zarzucili już dawno wątek winy rosyjskiej i najchętniej skupiają się na krytyce dokonań badawczych Zespołu Sejmowego pod Pana kierownictwem; padają zarzuty niekompetencji pod adresem ekspertów podważających ustalenia MAK-u i komisji Millera.

- Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Bo naprawdę szokujące jest to, że w raporcie Millera, będącym przecież oficjalnym stanowiskiem rządu premiera Tuska, oparto się na materiałach, które nie czerpią z żadnych ekspertyz naukowych. Ani jeden polski ekspert, świadek, technik nie badał wraku samolotu!

Reklama

- A jednak rządowy raport Millera w świadomości sporej części Polaków zamyka sprawę. Media chętnie powtarzały, że Polacy są już zmęczeni Smoleńskiem.

- Jeśli są zmęczeni, to dlatego, że przez 21 miesięcy mamy do czynienia raczej ze szkodliwą dla Polski propagandą niż ze skrupulatnym śledztwem. Urwane skrzydło, „pancerną brzozę” i gen. Błasika wykreowano na trzy filary propagandowej wizji przyczyn katastrofy. Tymczasem ani skrzydło samolotu, ani brzoza - nigdy nie były przez Polaków odpowiednio zbadane. A o szkodzie, jaką Polsce wyrządzono, gdy w świat poszła informacja o „pijanym generale, który wymuszał lądowanie”, aż przykro dziś wspominać. Na szczęście, przynajmniej w tej sprawie - po nowym odczycie zapisu rozmów w kokpicie wykonanym przez Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna - mamy jasność: wiemy, że nie ma na taśmie głosu generała.

- Ale to nie znaczy, że została obalona teza o możliwych naciskach generała na załogę...

Reklama

- Obrzydliwe jest to, z jakim natężeniem złej woli nadal tworzy się stalinowską konstrukcję, mówiąc, iż wprawdzie jego głosu nie rozpoznano, ale nie ma też dowodów na to, że generała w kokpicie nie było. A co więcej - polscy zwolennicy teorii nacisku idą dużo dalej niż Rosjanie, którzy wyciągają wniosek o obecności generała w kokpicie na podstawie tego, że jego ciało znaleziono w tzw. sektorze pierwszym. W tym samym, jak piszą dalej, w którym znaleziono ciało nawigatora kpt. Ziętka. Polscy prokuratorzy są bardziej gorliwi i mówią, że ciało gen. Błasika znaleziono obok ciała kpt. Ziętka. A przecież nie ma na to żadnych dowodów. Nie ma i żaden z polskich prokuratorów tego nie widział!

- Skoro najnowszy odczyt nie odnotowuje w ogóle głosu gen. Błasika, jak doszło do poprzedniego odczytu? Kto zidentyfikował głos generała?

- To ważne pytanie, gdy chcemy dotrzeć do źródeł i opisać mechanizmy kłamstwa smoleńskiego. Pierwszy polski odczyt zapisu dźwięku w kokpicie został opublikowany 2 czerwca 2010 r. Spośród osób biorących udział w badaniach ścieżki głosowej dotychczas odważnie wypowiedział się Waldemar Targalski, który oświadczył: „Tak, brałem w tym udział, ale gdy przyjechałem, to już te głosy były zidentyfikowane”. W przesłuchiwaniu taśm uczestniczył też płk Bartosz Stroiński z 36. Pułku, który... nie podpisał tego stenogramu. W identyfikacji głosu generała brał udział również płk Zbigniew Rzepa z Prokuratury Wojskowej, który teraz uparcie milczy. Moim zdaniem, jest to znaczące milczenie...

- Jak zatem rozpoznawano głos generała?

Reklama

- To rzeczywiście ciekawa zagadka. Trzeba tu chyba wziąć pod uwagę świadectwo wiceprzewodniczącego komisji technicznej badającej katastrofę, Macieja Laska, który powiedział, że w ekspertyzie Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego z 2010 r. nie stwierdzono zapisu głosu gen. Błasika, ale na podstawie kontekstu sytuacyjnego Komisja uznała, że określone słowa można przypisać właśnie generałowi. Tak więc - to pan Lasek wziął na siebie odpowiedzialność za przypisanie gen. Błasikowi słów, które stały się podstawą do oskarżeń wobec niego i tej zupełnie fikcyjnej konstrukcji przebiegu wydarzeń.

- Fizycznie i dosłownie głosu gen. Błasika nikt nie rozpoznał!?

- Tak, choć teraz nikt nie chce się do tego przyznać.

- Okazuje się, że po obu stronach „smoleńskiej barykady” panuje jakiś dziwny strach... Dlaczego większość naukowców związanych z Zespołem Sejmowym na ogół woli zachować anonimowość? Czego się boją?

- Powiedziałbym raczej tak: z jednej strony tej barykady mamy zwykłe tchórzostwo i oportunizm, a z drugiej - świadomość ryzyka i niepokój. Nasi współpracownicy obawiają się przede wszystkim ataku mediów, ograniczenia możliwości dalszego naukowego, politycznego czy społecznego działania. Nie da się ukryć, że w tej sprawie istnieje szczególny terror medialny i polityczny. Dopiero przełomowe badania naszych ekspertów amerykańskich zmieniły sytuację. Ich publikacje w Sejmie, a następnie w Telewizji Trwam zmusiły inne media do relacji ustaleń Zespołu oraz prof. Nowaczyka, prof. Biniendy i prof. Czachora. Od tego momentu atmosfera zaczęła się zmieniać, zwłaszcza że te wyniki pokrywają się z wnioskami płynącymi z ekspertyzy zapisu czarnych skrzynek dokonanej przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie.

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Honduras: biskupi potępili masakrę dwudziestu robotników rolnych

2026-05-24 15:50

[ TEMATY ]

masakra

honduras

dwudziestu robotników

Adobe Stock

ZDJĘCIE POGLĄDOWE

ZDJĘCIE POGLĄDOWE

Konferencja Episkopatu Hondurasu wyraziła głębokie ubolewanie i oburzenie w związku z brutalnym aktem przemocy na północy kraju. W zbrojnym ataku na plantację palm olejowych w regionie Trujillo zginęło dwudziestu robotników rolnych - poinformował 23 maja portal Vatican News. Liczbę ofiar śmiertelnych w miejscowości Rigores potwierdził podczas konferencji prasowej rzecznik prokuratury krajowej Yuri Mora, określając tę zbrodnię jako jeden z najtragiczniejszych aktów przemocy ostatnich lat w departamencie Colón.

Wśród ofiar, pracujących przy zbiorach palm olejowych, było piętnastu mężczyzn, trzy kobiety oraz dwoje nieletnich, z których najmłodsze miało dziewięć lat. Według władz, ataku dokonali uzbrojeni członkowie gangów przestępczych, którzy otworzyli ogień do osób szukających schronienia w kościele przed rozpoczęciem pracy.
CZYTAJ DALEJ

Dzisiaj Jezus pokazuje nam z krzyża swoją nieskończoną miłość do nas

[ TEMATY ]

homilia

rozważania

Adobe Stock

Rozważania do Ewangelii J 19, 25-34.

Poniedziałek, 25 maja. Święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła.
CZYTAJ DALEJ

Będzie zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez działaczki proaborcyjne

2026-05-25 12:36

[ TEMATY ]

aborcja

Adobe Stock

W ostatnich dniach temu jedna z aktywistek z organizacji Aborcyjny Dream Team i Aborcja bez Granic „pochwaliła się” w mediach społecznościowych, że działaczki Aborcji bez Granic pomogły parze w zabiciu swojego nienarodzonego dziecka. Chociaż stale przyzwyczajani jesteśmy do podobnych wystąpień aktywistek aborcyjnych – które z niezrozumiałych powodów nie spotykają się z żadną reakcją organów ścigania – niektóre przejawy ich skandalicznej działalności szczególnie poruszają opinię publiczną. Tak było w przypadku wypowiedzi aktywistki o udzielonej przez organizację aborcyjną pomocy w tzw. selektywnej aborcji na życzenie, której ofiarą jest jedno z bliźniąt. W związku z tym, Instytut Ordo Iuris przygotowuje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez działaczki proaborcyjne.

Najprościej rzecz ujmując, terminem tym określa się zabicie w drodze aborcji wybranego albo wybranych (kilkoro) dzieci w ciąży mnogiej. W sprawie, o której mowa, doszło do poczęcia dwójki dzieci zamiast – jak to przedstawiła aktywistka w swoim nagraniu – planowanego jednego. Rzecz wydawałoby się normalna – przypuszczać można, że niewiele jest małżeństw albo par, które planują posiadanie na raz dwójki lub większej liczby dzieci, a to, że takie sytuacje się zdarzają zwyczajnie jest kwestią biologii. Ale nie tym razem. Rodzice zaplanowali sobie jedno dziecko i koniec, natura musi ustąpić, a w to miejsce wkracza Aborcja bez Granic ze swoją śmiercionośną „pomocą”… Organizują parze dostęp do aborcji selektywnej, czyli zabicia jednego z dzieci, tak aby plany życiowe rodziców mogły zrealizować się za wszelka cenę. Nawet za cenę życia ich własnego dziecka.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję