Reklama

Musiał być dostarczony każdy list

„Zawiszacy” - najmłodsi harcerze „Szarych Szeregów”. Wykonywali w czasie wojny różnorodne prace. Jednak najbardziej znani są jako listonosze w czasie Powstania Warszawskiego. Przenieśli w ciągu 63 dni Powstania ponad 100 tys. listów. Wielu z tych nadzwyczajnych doręczycieli swoją determinację przypłaciło życiem

Niedziela Ogólnopolska 31/2011, str. 12-13

Mateusz Wyrwich

Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego

Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Harcerska Poczta Polowa została uruchomiona wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Jej trzon tworzyli harcerze i harcerki „Szarych Szeregów”, czyli „Zawiszacy”, którzy jako najmłodsi, bo nieprzekraczający 16. roku życia, nie mieli prawa do uczestniczenia w walce z bronią w ręku. Harcerska poczta rozpoczęła swoją działalność w pierwszych dniach powstańczego zrywu. Niezależnie od powołanej w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego Wojskowej Poczty Polowej. 19 sierpnia obie struktury połączyły się w jedną - Harcerską Pocztę Polową. Jej siedziba mieściła się w Śródmieściu, nieopodal Poczty Głównej, ale główna kwatera znajdowała się na ul. Wilczej i działała do końca Powstania. Dziś na tym budynku widnieje tablica upamiętniająca siedzibę Poczty. Odsłonił ją w 1993 r. komendant główny „Zawiszaków”, nieżyjący już dziś harcmistrz Przemysław Górecki o pseudonimach „Kuropatwa” i „Gozdal”, współtwórca, wraz z harcmistrzem Kazimierzem Grendą, HPP. Poczta dysponowała blisko 40 skrzynkami. W samym śródmieściu było ich 12. Wiadomości o uruchomieniu Poczty podał 6 sierpnia „Biuletyn Informacyjny”. Niektórzy z historyków dzień ten przyjęli jako dzień rozpoczęcia jej działalności. W pierwszych dniach Powstania pisano jeszcze na kartkach pocztowych, zaś listy wysyłano w kopertach. Każdy następny dzień zmniejszał jednak szansę na znalezienie papieru. Pisano więc na skrawkach, czasem wielkości biletu tramwajowego. Dziś, podobnie jak i znaczki produkowane przez Harcerską Pocztę Polową, są filatelistycznym unikatem. Zaginęło natomiast Archiwum Poczty. Do dzisiejszego dnia nie wiadomo, czy leży gdzieś pod gruzami, czy też, jak mówią niektórzy świadkowie, znalezione przez UB, zostało zniszczone w latach pięćdziesiątych.

Niecierpliwy wojownik

Tadeusz Jarosz „Topacz”, dziś profesor, inżynier budownictwa, mimo skończonych 80 lat trzyma się znakomicie i pracuje naukowo w Instytucie Budownictwa. Lwowiak, który od blisko 70 lat mieszka w Warszawie, nadal jeszcze z emocjami potrafi opowiadać o Powstaniu Warszawskim. Od pierwszych dni wojny bardzo pragnął walczyć przeciwko Niemcom. Tym bardziej że zarówno mama, jak i jego ojciec oraz brat już od początku okupacji byli w podziemiu. Obaj w ZWZ, zaś mama jako nauczycielka uczyła w gimnazjum na kompletach. To pragnienie chłopca spełniło się w marcu 1943 r., kiedy jako czternastolatek został zaprzysiężony w „Zawiszakach”. Chodził na zbiórki. Pokonywał różne stopnie harcerskich wtajemniczeń i trudności. Był bystrym chłopakiem, więc szybko został drużynowym. Ale, jak dziś przyznaje, mimo tej bystrości nie zawsze był subordynowany. Może dlatego, że ciągnęło go do walki. Bywało więc, że kiedy wracał z kolegami ze zbiórki, malowali na murach antyniemieckie napisy czy kotwicę - znak Polski Walczącej, mimo że mogło się to dla nich skończyć tragicznie. Za jeden z takich swoich młodzieńczych wybryków został wreszcie ukarany przez przełożonych raportem i dwutygodniowym zakazem pełnienia funkcji. Przyczyna była poważna: choć bowiem formalnie nie miał do tego prawa - zorganizował kurs posługiwania się bronią dla swoich kilkunastu podwładnych.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Ta właśnie godzina

Reklama

Tadeusz Jarosz mieszkał na Saskiej Kępie. Na kilka dni przed Powstaniem został „skoszarowany” w Śródmieściu. Wiedział, że szykuje się coś ważnego, ale nie wiedział co. Jako „Zawiszak” rozwoził nieznane mu meldunki na rozkaz „Gozdala”. Dziś wie, że były to rozkazy o Godzinie „W” dla podległych placówek. Kiedy na kilka godzin przed wybuchem Powstania odwiedził rodzinny dom, ojciec wychodzący na zbiórkę zapytał go: „A co ty tu jeszcze robisz? Za cztery godziny zaczynamy”. Wtedy zorientował się, że szykuje się coś bardzo ważnego dla Polski. I nie był zaskoczony, gdy w kilka godzin później harcmistrz, podporucznik „Gozdal” odczytał rozkaz o wybuchu Powstania. Łzy mu popłynęły dopiero kilkanaście minut po siedemnastej na widok olbrzymiej biało-czerwonej flagi, wywieszonej na najwyższym budynku stolicy. Bojowym chrztem dla niego stała się zaś nocna wyprawa po dokumenty dowódcy, pozostawione w sąsiedniej dzielnicy. W sposób tylko Bogu wiadomy uniknął śmierci. Skakał niczym zając po ulicy Nowy Świat jak po kratkach zabawy w klasy. „Zabawy” dorosłych na śmierć i życie. Cudem uniknął ostrzału niemieckich karabinów maszynowych ustawionych na dachach i czołgach jadących Alejami Jerozolimskimi. Zadanie wykonał i wrócił.
Gimnazjalista z tajnych kompletów i uczeń szkoły podstawowej - trzynastolatek Tadeusz Różycki od wybuchu Powstania ciągle szukał dla siebie przydziału. Każdego dnia był na ulicy, ale jako dzieciaka ciągle go odpędzano. Z radością więc przyjął propozycję budowania barykady, chociaż płyty chodnikowe, które nosił, przekraczały czasem jego wagę. 3 sierpnia sąsiad - powstaniec poinformował go, że w budynku szkoły podstawowej na Wilczej 41 powstaje poczta polowa. Poszedł więc tam i choć z jego drużyny „Zawiszaków” nikogo tam nie było, został przyjęty. Pierwszy „waleczny” przydział, jaki mu dano, to było noszenie szaf z piętra na piętro. Nie wiedział jeszcze, że będzie to główna, historyczna siedziba Harcerskiej Poczty Polowej.

„Kali się bać, ale Kali iść”

Sprzęt pocztowy, umundurowanie były połączeniem tego, co profesjonalne, z tym, co konieczne. Najważniejsze było wypełnienie powierzonego zadania.
- Już nie pamiętam, który to był dzień Powstania, ale poszliśmy kilkanaście przecznic dalej, w okolice Poczty Głównej. Nie wiedzieliśmy, co będziemy robić. Porządnie nas nakarmiono i następnego ranka rozpoczęła się organizacja harcerskiej poczty - wspomina Tadeusz Jarosz. - Jeden z naszych chłopaków został wysłany do znajomego grawera, aby wykonał stemple dla poczty. Nam powiedziano, że w podziemiach Poczty Głównej leżą małe przedwojenne skrzynki pocztowe. Było ich nie więcej niż kilkanaście, z napisem Poczta Polska i dużym białym orłem na środku, którego opatrzyliśmy harcerską lilijką. Wszystkie skrzynki szybko trafiły na ulice.
- Ale i skrzynkami pocztowymi w Powstaniu były też jakieś pudełka przyczepione do kija czy powieszone na drewnianym płocie - opowiada inny mały listonosz, Przemysław Trojan. - Powstanie wybuchło w momencie, kiedy ludzie wracali z pracy. Utknęli w rozmaitych miejscach. Dotarcie do swoich było niesłychanie ważne. Z informacją, że się żyje i gdzie się jest. Mnie wypadł teren nieistniejących dziś ulic, gdzie obecnie stoi Pałac Kultury. Bardzo niebezpieczne było wychodzenie na otwarte ulice, bo w każdej chwili można było zginąć. Kiedy byłem na Marszałkowskiej, nagle, kilkaset metrów ode mnie, przy Ogrodzie Saskim Niemcy z broni maszynowej zaczęli ostrzeliwać ulicę ciągłymi seriami. Cudem uniknąłem śmierci. Byliśmy bardzo dobrze widziani przez cywilnych i żołnierzy. Miałem, jako jeden z niewielu, umundurowanie, którego wielu mi zazdrościło. Granatowy beret z lilijką, bluzę harcerską, krótkie spodenki i na nogach sandałki, które mi stryj zrobił ze starego skórzanego tornistra. Pracowaliśmy od rana do wieczora. Dopiero wtedy czekało na nas jedzenie na stołówce w miejscu dzisiejszej filharmonii.
- Ja nie miałem mundurka i nie ukrywam, że było mi trochę przykro - przyznaje Tadeusz Różycki. - Przychodził drużynowy, robił odprawę i rozdzielał pocztę. Najchętniej brano tych, którzy mieli bardzo dobre rozeznanie w topografii ulic. Wszystkie ulice były pozamykane barykadami. Przechodziło się więc podziemnymi przejściami na podwórzach, ale przede wszystkim przebitymi, z kamienicy do kamienicy, piwnicami. Pocztę trzeba było ocenzurować. Ale czasami żołnierze dawali mi list i mówili, co było niezwykłym wyróżnieniem dla trzynastolatka: „Kolego, weź ten list i zanieś do żony”. Pamiętam, na Lwowskiej w pobliżu Koszykowej była skrzynka, przy której wisiała karteczka z prośbą o przynoszenie książek dla rannych w szpitalach polowych. Czasem je nieśliśmy. Bywało, że przychodziłem do adresata i trzeba go było szukać. Albo matka czy ktoś inny powiedział, że jest na barykadzie. Więc szedłem. Przykre było, kiedy przyniosłeś list, a adresat już nie żył. Oczywiście, że bałem się. Niekiedy bardzo. Ale mieliśmy takie zawołanie z książki Henryka Sienkiewicza „W pustyni i puszczy”: „Kali się bać, ale Kali iść”. To nam dodawało otuchy. Poza roznoszeniem listów, z grupą muzykalnych ochotników śpiewałem rannym piosenki - wspomina Tadeusz Różycki.

Tylko 25 słów

Zaleceniem władz powstańczych było pisanie listów nie dłuższych niż 25 słów. Jednak nie było ono ściśle przestrzegane. Cała natomiast korespondencja była poddawana wojskowej cenzurze. Funkcje cenzorów sprawowali ludzie wyznaczeni przez dowódców „Szarych Szeregów”. Na ogół były to rodziny „listonoszy” bądź harcerskich powstańców. Przede wszystkim dbano o to, by nadawcy nie przekazywali miejsc stacjonowania oddziałów, ich uzbrojenia itp. Treść listów zazwyczaj zresztą nie wychodziła poza informacje całkiem zwyczajne: o stanie zdrowia, poszukiwaniu rodziny, prośby o zaopiekowanie się chorą matką bądź pozostawionym na chwilę maleńkim dzieckiem.
- Codziennie wieczorem zanosiłem listy do cenzury. Czasem kilkadziesiąt, czasem kilkaset. Jej siedziba mieściła się gdzieś w suterenie niedaleko naszego zgrupowania koło gmachu Poczty Główniej. Czytano je i stemplowano zrobioną przez naszego znajomego grawera pieczęcią „ocenzurowano” - opowiada Tadeusz Jarosz. - Rano odbierałem je i rozdzielałem listonoszom.
Najbardziej dramatycznie brzmiały listy z barykad powstańców, którzy walcząc z desperacją z Niemcami, mieli coraz większą świadomość, że ich barykady są już nie do uratowania, a ich los przesądzony. Ginęli też i „listonosze”. Jednym z pierwszych był szesnastolatek - Zbigniew Banasiak „Banan”, trafiony na Powiślu przez snajpera.
- Ale bywały też i zabawne sytuacje - opowiada Przemysław Trojan. - Jeden z filatelistów przysłał nam paczkę kartek pocztowych zaadresowanych na siebie. Chciał mieć stemple poczty polowej. Oczywiście, wyrzuciliśmy.
Wraz z opanowywaniem przez Niemców Warszawy miejsca pobytu Harcerskiej Poczty Polowej zmieniały się. Ale nie wyszły poza teren Śródmieścia. Roznoszenie listów stawało się coraz trudniejsze. Jednak harcerze do ostatniego dnia Powstania pełnili swe bojowe zadania. Po jego upadku ci, którzy nie skończyli jeszcze szesnastu lat, wychodzili z ludnością cywilną. Starsi - z wojskiem. Pierwsi trafiali do obozów lub do pracy w niemieckich zakładach. Drudzy - do oflagów. Po wojnie większość wróciła do Polski. Kilkudziesięciu z nich zamknięto w komunistycznych więzieniach. Częstokroć z niemieckimi zbrodniarzami.

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Patriotka w habicie

„Od dzieciństwa nad wszystko kochałam kraj” – zapisała w pamiętniku przyszła nauczycielka wiary i patriotyzmu.

O Marcelinie Darowskiej można powiedzieć wiele, ale jedno nie ulega wątpliwości: nie była osobą z przypadku. O jej wielkości świadczą słowa Henryka Sienkiewicza, który w liście do Darowskiej napisał: „Siejba Twoja, Najprzewielebniejsza Matko, była Bożą siejbą, świadczą te głosy czci i wdzięczności płynące ku Tobie ze wszystkich krańców naszej poszarpanej ziemi. W ślad za głosami idą serca dzieci i kobiet polskich. Nauczyłaś je miłować Boga i kraj ojczysty, czcić wszystko, co wielkie, szlachetne a nieszczęśliwe, więc wielki a nieszczęśliwy naród ocenił i uczcił Ciebie. Pozwól i mojej głowie pochylić się przed Twą zasługą i złożyć Ci należny hołd”. Choć Darowska miała tak wielkie zasługi dla ojczyzny i Kościoła, to nadal jest osobą mało znaną, co warto zmienić.
CZYTAJ DALEJ

Założycielka Niepokalanek

Z osobą m. Marceliny Darowskiej zetknęłam się dwa lata temu, kiedy to zaczynałam pracę w gimnazjum. Tradycją panującą w szkole, gdzie uczę, było organizowanie dwa razy w roku spotkań rekolekcyjnych dla nauczycieli w Domu Sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Zgromadzenie to założyła właśnie Matka Marcelina. Z wielkim zaciekawieniem obserwowałam pracę sióstr i ich uczennic. Każdy wyjazd do Szymanowa był dla mnie kolejnym cennym doświadczeniem. Po pewnym czasie bardziej zainteresowałam się osobą Matki Marceliny i postanowiłam o niej napisać. Zaczęłam wtedy czytać wszelkie publikacje na jej temat. Wydawało mi się początkowo, że nic interesującego w tych książkach nie znajdę. Bo cóż może być ciekawego w życiorysie siostry zakonnej? I tu pełne zaskoczenie. Jednym tchem przeczytałam polecone mi książki. Matka Marcelina okazała się być obdarzona niezwykle bogatą osobowością, a jej życie mogłoby posłużyć za temat filmu, który - nie mam co do tego żadnych wątpliwości - zainteresowałby niejednego współczesnego widza. Zanim Matka Marcelina została przełożoną Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek - była szczęśliwą matką i żoną. W jej życiu nie zabrakło też dramatycznych momentów. W wieku dwudziestu pięciu lat została wdową, a w niecały rok po śmierci męża straciła swego dwuletniego synka. To nie koniec jej cierpień. Musiała jeszcze walczyć o życie swojego drugiego dziecka - maleńkiej Karoliny, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Młoda wdowa przezwyciężyła wszelkie kłopoty. Dziecko wyzdrowiało, a jej gospodarstwo było przykładem dla okolicznych posiadłości. Przez cały ten czas trudnych doświadczeń ani razu nie zwątpiła w miłość Boga, ani razu nie zbuntowała się przeciwko Jego woli. Jakże niezwykle mocna musiała być jej wiara! Mało tego, nie mając żadnego doświadczenia zakonnego, a jedynie pragnienie służenia Bogu, odważyła się zostać przełożoną - założycielką nowo tworzonego Zgromadzenia, którego głównym zadaniem miało być wychowanie dzieci i młodzieży. Nie na życiorysie Matki Marceliny chciałabym jednak skupić swą uwagę, mimo że jest on naprawdę bardzo ciekawy. Zainteresowanych odsyłam do książek poświęconych bohaterce tego tekstu1. To, co najcenniejsze, to nauki Matki Marceliny, jej przemyślenia i refleksje, ujęte często w formę jakże trafnych i aktualnych do dziś sentencji. Znaleźć je można w wydanej w 1997 r. przez Siostry Niepokalanki książce zatytułowanej Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej2. Wartości szczególnie ważne dla Matki Marceliny to przede wszystkim Bóg, miłość, rodzina, Ojczyzna, praca i to, czemu poświęciła całe swoje życie, czyli wychowywanie kolejnych młodych pokoleń. Wiele jest cennych wskazówek zawartych w słowach Matki Marceliny. Mnie, jako nauczycielkę, która dopiero zaczyna swoją pracę z młodzieżą, szczególnie zainteresowały te poświęcone wychowaniu. Pierwsze słowa, jakie przeczytałam, kiedy "na chybił trafił" otworzyłam książkę z myślami Matki Marceliny, brzmiały następująco: "Zadanie wielkie, praca kolosalna - z jednej strony łatwa, z drugiej bardzo trudna. Łatwa, bo serca dzieci to wosk, na którym wszystko łatwo się wyciska. Trudna, bo wosk wystawić na gorąco ognia lub słońca, a ślad jego cały się zgładzi. Dzieci przyjmują dobre i złe wrażenia, jedne zacierają drugie". Jakże trafnie oddają one pracę wychowawcy. Czytając te zdania, uświadomiłam sobie ogromną odpowiedzialność, jaką biorę za swoich wychowanków. To, co im przekażę, będzie miało wpływ na całe ich życie. I nie najważniejsza w tym momencie jest wiedza. Moim zadaniem, jako wychowawcy, jest pokazanie tym młodym ludziom właściwych wzorców zachowań. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, kiedy wciąż słyszymy o przypadkach, gdy młodzi ludzie zabijają swoich rówieśników, często nawet nie dostrzegając zła, które wyrządzili. Matka Marcelina cały czas miała świadomość odpowiedzialności za wychowanie młodych ludzi. Dlatego też tak wiele miejsca poświęciła sprawom rodziny, a w kształceniu dziewcząt ogromną wagę przywiązywała do przygotowania ich do roli matki i żony. Wierzyła bowiem, że to właśnie kobieta jest duchem rodziny, a od tego, jakie wartości przekażemy młodym ludziom, zależy odrodzenie całego społeczeństwa. Dziś również wiele miejsca podczas publicznych debat poświęca się sprawom rodziny. Mówi się o polityce prorodzinnej i o kryzysie rodziny. Może warto zatem sięgnąć po myśli Matki Marceliny. Znajdziemy tu oczywiste - wydawałoby się - prawdy, ale jak często przez nas zapominane. Polecam tę część nauk Matki Marceliny szczególnie dziewczętom, które zamierzają w niedługim czasie założyć własną rodzinę. Naprawdę znajdziecie tu wiele wskazówek pomocnych przy budowaniu własnego domu. Jak już wspominałam wcześniej - jestem młodą nauczycielką. Nie mam zatem bogatego doświadczenia pedagogicznego, wielu rzeczy muszę się jeszcze nauczyć. Wciąż borykam się z różnymi problemami wychowawczymi. Tak jak wielu młodych nauczycieli, staram się pogłębiać swoją wiedzę pedagogiczną, czytając chociażby różne publikacje poświęcone tym zagadnieniom. Panuje obecnie moda na nowoczesne, proponowane nam przez zachodnich autorów, sposoby wychowania. Ja jednak najważniejsze wskazówki pedagogiczne znalazłam w następujących słowach Matki Marceliny: " Rozwijać - nie wysilając, ubogacać - nie przeciążając, uczyć praktyczności - nie odzierając z poezji, hartować - nie zatwardzając, oczyszczać sumienie - nie dopuszczając skrupułów, uczyć miłości - bez czułostkowości, pobożności - bez dewoterii, zniżać się do dzieci w zabawach - nie zmalając siebie, aby następnie być w stanie wznieść dzieci do wysokości zadania". Oto - zdaniem Matki Marceliny - zadania nauczyciela. Mam nadzieję, że będę w stanie im sprostać. 1 Informacje na temat życia Matki Marceliny można znaleźć m.in. w następujących publikacjach: - Ewa Jabłońska-Deptuła, Zakorzeniać nadzieję. M. Marcelina Darowska o rodzinie i dla rodziny, Lublin 1996 - Marcelina Darowska - Niepokalański charyzmat wychowania, pod red. ks. Marka Chmielewskiego, Lublin 1996 - S. Grażyna (Jordan), Wychowanie to dzieło miłości, Szymanów 1997 2 Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej, zebrały i opracowały s. M. Grażyna od Współpośrednictwa Matki Bożej, Anna Kosyra-Cieślak, Romana Szymczak, Szymanów 1977.
CZYTAJ DALEJ

W obliczu nadchodzącej zmiany. Prognoza wyborcza na 2026 rok

2026-01-04 20:18

[ TEMATY ]

wyborcza

Centrum Analiz Wyborczych

predykcja

prognoza

Adobe Stock

Badanie Centrum Analiz Wyborczych

Badanie Centrum Analiz Wyborczych

Prof. Grzegorz Górski wraz ze specjalistami z Centrum Analiz Wyborczych wykonał ostatnią prognozę wyborczą w 2025 roku. Stanowi ona swoiste podsumowanie z jednej strony półrocznego okresu badań CAW, z drugiej zaś stanowi puentę dla pierwszego półrocza prezydentury K. Nawrockiego. Uprawnia to zatem zarówno do pewnych podsumowań, jak i do próby postawienia prognozy na 2026 rok.

1. Nieznaczna, ok. 3% (a więc ciągle w granicach błędu) przewaga sondażowa w ostatnich miesiącach KO, przyniosła tej formacji najlepszy w tym roku wynik w ilości mandatów. Oznacza to jednak zaledwie zrównanie się w podziale mandatów z PiSem. Dodatkowo, ów "wzrost" KO jest spowodowany wyłącznie erozją poparcia jej koalicjantów. Przypomnijmy, że o ile w październiku 2023 koalicja 13 grudnia zebrała łącznie ok. 54% głosów, o tyle obecnie oscyluje wokół 45% łącznie. KO kanibalizuje zatem głównie Polskę 2050 i PSL.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję