Reklama

Po co komu kolęda?

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Takie pytanie staram się zadawać każdego roku córkom i synom świątyni mądrości i wiedzy, za którą uchodzi szkoła średnia (wiem, że teraz lepiej mówić szkoła ponadgimnazjalna), w której uczę. O ile owa mądrość i wiedza są niewątpliwe i niepodważalne, jeśli chodzi o sprawy tego świata, to jako katecheta (zapewne podzielający los wielu innych parających się ars predicandi et cathechizandi) wiem i odczuwam to doskonale, że w sprawach nieba młodzież, do której kieruję tytułowe pytanie, jest najzwyczajniej odbiciem naszego katolickiego społeczeństwa. Czyli, mówiąc jednym słowem - w sprawach nieba bywa różnie: całkiem wspaniale u jednych, zupełnie przeciętnie u innych i trochę mętnie u pozostałych.
Jednakowoż nie inny, czyli różny, był także los owego pytania: Po co komu kolęda? Jedni odpowiadali, że księdzu potrzebne jest spotkanie z parafianami, inni z powątpiewaniem mówili, że takie krótkie spotkanie w niczym i nijak nie może być źródłem poznania życia codziennego odwiedzanych rodzin.
Przy takiej okazji, może nie całkiem świadomie, młodzi uczniowie kreślili niewielkich rozmiarów rodzajowe scenki, żywcem wzięte z sytuacji, które przyszło im na kolędzie przeżywać. Rzeczone scenki odsłaniały niejednokrotnie całkiem dosadnie kolędowe lapsusy, wpadki, pomyłki. Dotyczyły one, rzecz jasna, nie tylko domowników…
Dobrze przecież pamiętam opowieść kolędową znanego mi kapłana, który po długim chodzeniu w głębokim śniegu po górskich przysiółkach swojej parafii, późnym już wieczorem dotarł do ostatniej rodziny. Po modlitwie przyszedł czas na ucałowanie krzyża - symbolu naszej wiary. Nie od razu odgadł ów kapłan, jaka jest przyczyna zdziwienia i szeroko otwartych oczu klęczących przed nim, pobożnych chyba parafian. Okazało się, że zmęczony mocno ksiądz nie zauważył, że zamiast krzyża podniósł ze stołu i podał do ucałowania... pilot zdalnego sterowania odbiornika telewizyjnego. Cóż, jedno leżało obok drugiego...
Ja sam z kolei pamiętam sytuacje, z których czynię już nawet ikony pewnych kolędowych zachowań. Przywołać tu mogę choćby taką, gdzie miałem wejść do mieszkania, do którego prowadziły lekko uchylone, wejściowe drzwi. Ponieważ okazało się, że w ciemnym przedpokoju nikt na księdza nie czeka, a jednocześnie otwarte drzwi świadczyć mogły o tym, że ktoś jednak chce, abym wszedł do środka, postanowiłem wkroczyć w nieznany mrok. Czułem się wtedy jak nietoperz, bo jedynym punktem odniesienia dla mnie w tym mroku był... dźwięk włączonego telewizora. Im wyraźniej go słyszałem, tym bardziej byłem pewien, że dotrę w końcu do gospodarza, który, jak mniemałem, oczekuje kolędowych odwiedzin duszpasterza. Musiałem przyjąć, że oczekiwanie to nie było specjalnie gorące, oraz zgodzić się ze smutnym faktem, że nie jestem w tym momencie jedynym gościem rzeczonego gospodarza - obok żywego kapłana do ciemnego domu zaproszeni byli, może nieświadomie, panowie rozprawiający o czymś wewnątrz pokojowego mebla, świecącego niebieską poświatą …
Zgoła odmienną ikonę przywołuję na pamięć, gdy wspominam inny odwiedzany dom. Dla mnie pozostanie ona już prawie archetypem dobrego smaku i wysokiej kultury. Był to jeden z pierwszych domów, jakie odwiedzałem w swojej praktyce młodego duszpasterza. Kiedy pokonywałem kilka ostatnich schodów na piętro, przed drzwiami stał w eleganckim garniturze uśmiechnięty pan i, chwaląc Boga, wymownym gestem zaprosił mnie do środka. W mieszkaniu wszyscy już czekali, aby przywitać przybyłego po kolędzie kapłana. Później modlitwa i rozmowa utwierdziły mnie w tym, co zauważyłem już na początku. Dla tej rodziny kolęda była prawdziwym religijnym przeżyciem…
Oczywiście, podobnych sytuacji można by mnożyć na pęczki: a to o myszy, która przebiegając błyskawicznie po meblach w czasie kolędowej modlitwy wyprowadziła pewnego starszego pana z równowagi na tyle, że wyrzucił z siebie słowo, które nijak modlitwą być nie mogło, a to o dziecku pokazującym księdzu gest, który można by nazwać współczesną wersją „gestu Kozakiewicza”, a to o ugładzonej kokieterii gospodarzy chcących, by kapłan dobrze ich zapamiętał w domu, skoro w kościele nie będzie miał szans; a to o staruszkach emerytkach, które czekają na kolędę jak na największe święto…
Wszystkie przytoczone sytuacje składają się jednak na odpowiedź zadaną na wstępie: Po co komu kolęda? Wiernym, by pomodlić się i spotkać z duszpasterzem, duszpasterzom - żeby zobaczyć, jak i czym ludzie żyją. Bo przez te kilka chwil zobaczyć można kawał ludzkiego, codziennego życia, zwyczajów i obyczajów panujących w danym domu, nawet, jeśli są one umiejętnie skrywane przez domowników. A może nawet wtedy jeszcze bardziej…

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2006-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Realizm duchowy św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Niedziela Ogólnopolska 28/2005

[ TEMATY ]

święta

pl.wikipedia.org

Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza - sprowadza się do tego, iż kojarzymy świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga - polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę - czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt wielkimi - w naszym rozumieniu - normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii. Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”. Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy jedynie” - pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha - realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość, nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” - napisze dopiero pod koniec życia. Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu. Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie. Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło. Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania - tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu, albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja - to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości. Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością. Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę, że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?
CZYTAJ DALEJ

Popularna amerykańska influencerka i matka dziewięciorga dzieci nawróciła się na katolicyzm

2026-10-01 07:06

[ TEMATY ]

świadectwo

pexels.com

Amerykańska influencerka w mediach społecznościowych Kelly Ingram ogłosiła zaskakujący krok: ona i jej dziewięcioosobowa rodzina nawrócili się na katolicyzm w Wielkanoc. Poszukiwanie prawdy teologicznej doprowadziło ich do tej decyzji po latach bycia protestantami, a jej kulminacją była prywatna audiencja w Rzymie.

Według jej własnych relacji, rodzina była głęboko zakorzeniona w wierze protestanckiej od dzieciństwa. Sama Ingram podkreśliła: „Nigdy nie zostanę katoliczką” - słowa, które teraz traktuje z humorem i zdumieniem nad własną przemianą. Głębsze zanurzenie się w historię wiary i pragnienie pełnego zrozumienia protestanckich korzeni zapoczątkowały teologiczną podróż pełną odkryć. Wbrew początkowym oczekiwaniom, poszukiwanie prawdy nieuchronnie zaprowadziło jedenastoosobową rodzinę do Kościoła katolickiego. Nawrócenie nastąpiło w 2026 roku.
CZYTAJ DALEJ

Ewangelizował nawet na swoim pogrzebie. Kąty Wrocławskie pożegnały ks. Wojciecha Draba

2026-10-01 21:10

[ TEMATY ]

bp Marek Mendyk

diecezja świdnicka

ks. Krzysztof Ora

pogrzeb kapłana

ks. Wojciech Drab

ks. Mirosław Benedyk/Niedziela

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Pogrzeb ks. Wojtka stał się dla mnie nadzwyczajnymi rekolekcjami o kapłaństwie, o życiu pomimo śmierci, o Kościele, który jest piękną wspólnotą – napisał po uroczystości ks. kan. Krzysztof Ora. I rzeczywiście: 1 października w Kątach Wrocławskich nie zabrakło łez i bólu, ale jeszcze mocniej wybrzmiewała wiara, że śmierć nie ma ostatniego słowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję