Reklama

Historia

Prezydent z chemicznego laboratorium

Gdy 100 lat temu, 1 czerwca 1926 r., parlament wybrał prof. Ignacego Mościckiego na urząd prezydenta RP, dla wielu było to ogromnym zaskoczeniem.

Niedziela Ogólnopolska 22/2026, str. 38-39

[ TEMATY ]

historia

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wybór był zaskoczeniem, Mościcki bowiem nie był czynnym politykiem, choć nie oznacza to, że był człowiekiem znikąd. Znany był z innej aktywności: jego osiągnięcia w dziedzinie chemii i opatentowane wynalazki plasowały go w czołówce światowej sławy naukowców.

Pomajowe układanki

Reklama

Rok 1926 zapisał się w dziejach Polski jako czas dramatycznego przesilenia politycznego. Na fali wypadków majowych do władzy powrócił Józef Piłsudski, który zapowiedział sanację, czyli uzdrowienie życia publicznego nękanego – jak to określał – „sejmokracją”, w którym „partyjniactwo” destabilizuje życie wewnętrzne kraju. Środowiska polityczne, które poparły przewrót majowy, chciały, aby Piłsudski został dyktatorem, ale ten zdecydowanie odmówił. Na spotkaniu z przedstawicielami kół sejmowych przyznał: „Czynię próbę, czy można w Polsce rządzić jeszcze bez bata”. I stała się rzecz, która de facto legitymizowała zamach majowy. Oto połączone izby parlamentu wybrały 31 maja 1926 r. na urząd prezydenta właśnie Piłsudskiego. Głosowały za nim nawet te stronnictwa, które jeszcze kilkanaście dni wcześniej popierały obalony przez Marszałka rząd Wincentego Witosa. Piłsudski jednak wyboru nie przyjął. „Nie mogę wywalczyć w sobie zapomnienia, nie mogę wydobyć z siebie aktu zaufania i do siebie w tej pracy, którą już raz czyniłem, ani też do innych, co mnie na ten urząd powołują” – oświadczył zdumionym posłom. Wielu uznało, że gestem tym Piłsudski chciał jedynie upokorzyć stronnictwa polityczne. Intencji takiej wykluczyć nie można, ale nie bez znaczenia był fakt, że nikłe uprawnienia, jakie głowie państwa dawała konstytucja marcowa z 1921 r., były, w opinii Marszałka, jednym z powodów kryzysu państwa. A on chciał ten stan rzeczy realnie zmieniać. W nocy odbył naradę z nowym premierem prof. Kazimierzem Bartlem i konsultacje z marszałkiem Sejmu Maciejem Ratajem. Padały nazwiska ludzi, których autorytet predestynowałby do objęcia urzędu głowy państwa: Zdzisława Lubomirskiego, Mariana Zdziechowskiego, Artura Śliwińskiego. W końcu prof. Bartel zaproponował kandydaturę swego kolegi z Politechniki Lwowskiej – prof. Ignacego Mościckiego. „Ignaś? A to bardzo dobra myśl!” – miał zareagować Marszałek.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Z laboratorium na zamek

Reklama

Mościcki był rówieśnikiem Piłsudskiego. Poznali się w 1896 r. w Londynie na zjeździe socjalistów. Piłsudski był już wtedy jednym z przywódców PPS i „zawodowym rewolucjonistą”, Mościcki miał za sobą studia chemiczne i jako wybitny fachowiec zaczynał robić karierę naukową na Zachodzie. Był przymusowym emigrantem. Kilka lat wcześniej przygotowywał zamach na rosyjskiego gubernatora Iosifa Hurko. Wyprodukował nitroglicerynę i wspólnie z Michałem Zielińskim mieli w przebraniach rosyjskich oficerów wejść do cerkwi przy ul. Długiej (dziś jest tam Katedra Polowa Wojska Polskiego), i podczas nabożeństwa, w którym brali udział znienawidzeni urzędnicy rosyjscy, odpalić ładunki wybuchowe. Byłby to, oczywiście, zamach, w którym sam straciłby życie. Policja carska wpadła jednak na trop spiskowców, a zagrożony aresztowaniem Mościcki wraz z żoną zbiegł najpierw do Anglii, a potem do Szwajcarii. Zatrudniony został na uniwersytecie we Fryburgu, gdzie podjął prace nad budową kondensatorów, dzięki którym można by pozyskiwać azot z atmosfery. Jego nazwisko było sławne na całym świecie. Jego wynalazki stawały się przełomowe dla nauki: odkrył sposób skutecznego zabezpieczenia sieci przewodów elektrycznych, opracował syntezę cyjanowodoru, udoskonalał metodę otrzymania azotu z powietrza, a także pracował nad destylacją i frakcjonowaniem ropy naftowej. Jego patenty – a było ich łącznie 40 – wykorzystywane były w przemyśle całej ówczesnej Europy. (Warto wspomnieć, że gdy został prezydentem, użytkowanie praw do owych patentów przekazał nieodpłatnie państwu polskiemu). W 1912 r. przyjechał do Lwowa i związał się z tamtejszą politechniką. Gdy Polska odzyskała niepodległość, Mościcki z energią przystąpił do budowy rodzimego przemysłu chemicznego, uważając, że ta gałąź gospodarki musi się opierać na krajowych surowcach, aby uniezależnić się od niepewnych wpływów zagranicznych. Stworzył Chemiczny Instytut Badawczy i w ciągu niespełna miesiąca postawił na nogi Fabrykę Związków Azotowych w Chorzowie, którą Polska pozyskała po przyłączeniu Górnego Śląska. Gdy był już prezydentem, stworzył Państwowe Zakłady Związków Azotowych w Tarnowie. Dzielnicę, gdzie powstała gigantyczna i świetnie prosperująca nowoczesna fabryka, nazwano na jego cześć Mościce. Stał z boku bieżącej polityki. Gdy otrzymał od Piłsudskiego propozycję zostania prezydentem, był zszokowany. „Nocy tej oczu nie zmrużyłem” – wspominał po latach w zapiskach, które zgodnie z jego wolą znajdują się w archiwum jasnogórskim. „Uważałem się za najmniej powołanego do zajmowania stanowiska związanego głównie z reprezentacją, ale przyjęcie wyboru uważałem za obowiązek wobec narodu”. I, oczywiście, wobec Piłsudskiego, którego był gorącym zwolennikiem.

Patron gospodarki

Urząd prezydenta sprawował niezwykle godnie, w czym zresztą bardzo mu pomagały predyspozycje wizerunkowe. Niektórzy szydzili, że jego rola w rządach pomajowych jest wyłącznie symboliczna. „Tyle znaczy, co Ignacy” – miał żartować pomysłodawca jego kandydatury, trzykrotny premier prof. Bartel. Była to nie ścisła, ale krzywdząca ocena. Wprawdzie to nie na Zamku Królewskim, gdzie urzędował, ale w Belwederze, gdzie pracował Piłsudski, był polityczny ośrodek decyzyjny, ale Mościcki stawał się swego rodzaju patronem rozwoju gospodarczego kraju. Robił to, co kochał i potrafił, zwłaszcza że ta problematyka nigdy nie była w orbicie zainteresowań Piłsudskiego. Prezydent zgromadził wokół siebie grono wybitnych fachowców, takich jak Eugeniusz Kwiatkowski, Juliusz Poniatowski czy Juliusz Ulrych, którzy w dobie dźwigania się kraju po kryzysie ekonomicznym potrafili dokonywać cudów: zbudowali najnowocześniejszy port w Gdyni i stworzyli Centralny Okręg Przemysłowy. Był powszechnie szanowany. Warto wspomnieć, że miał aż 911 chrześniaków, a to za sprawą ogłoszonej decyzji, że będzie ojcem chrzestnym każdego siódmego syna urodzonego w polskiej rodzinie. Chrześniak miał zapewniony dobry start w dorosłe życie, prezydent bowiem fundował mu książeczkę oszczędnościową w PKO.

W 1933 r. Zgromadzenie Narodowe wybrało Mościckiego na kolejną kadencję. Była ona bardziej skomplikowana i niedokończona. Po śmierci Marszałka Piłsudskiego w maju 1935 r. następowała nieuchronna w takich sytuacjach dekompozycja obozu władzy. Konflikty, których nie było wcześniej, ujawniały się coraz mocniej, a czas był dla Polski coraz mniej spokojny. Prezydent, który w świetle nowej konstytucji kwietniowej miał właściwie nieograniczoną władzę, na własne życzenie postanowił podzielić się nią z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem. Uważał, że to zapewni stabilizację życia politycznego. Ten stan rzeczy przetrwał do wybuchu wojny. Wobec niemieckiej i sowieckiej agresji prezydent zdecydował się na trudny krok. „Z przejściowego potopu ochronić musimy uosobienie Rzeczypospolitej i źródło konstytucyjnej władzy. Dlatego, choć z ciężkim sercem, postanowiłem przenieść siedzibę Prezydenta i naczelnych organów państwa na terytorium jednego z naszych sojuszników” – napisał w odezwie wydanej w nocy z 17 na 18 września 1939 r., gdy przekraczał granicę polsko-rumuńską. Było to działanie ze wszech miar racjonalne. Pozostanie głowy państwa w podbitym kraju skończyłoby się albo niewolą, albo śmiercią, a to byłoby uznane za akt kapitulacji Polski. Chciał tego uniknąć. Wierzył, że dotrze do Francji i pokieruje sprawami państwowymi z emigracji. Tak się nie stało. Został internowany i pozbawiony możliwości działania. Na mocy konstytucji wyznaczył na swego następcę Władysława Raczkiewicza, dzięki czemu przetrwała ciągłość państwa. Po interwencjach prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta został zwolniony z internowania w Rumunii i wyjechał do Szwajcarii. Tam zmarł 2 października 1946 r. Jego doczesne szczątki powróciły do Polski w 1993 r. i spoczęły w podziemiach archikatedry warszawskiej, w której jako prezydent uczestniczył w nabożeństwach.

Autor jest historykiem, doradcą Prezydenta RP, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

2026-05-26 11:28

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Uczcili pamięć Konstantego Skirmunta

Niedziela świdnicka 48/2019, str. 4

[ TEMATY ]

historia

wspomnienie

Krzysztof Zaremba

Od prawej: Beata Mucha, dr Piotr Sosiński, Grzegorz Mazurkiewicz

Od prawej: Beata Mucha, dr Piotr Sosiński, Grzegorz Mazurkiewicz

Wałbrzyscy działacze patriotyczni udali się na cmentarz w dzielnicy Sobięcin, gdzie na grobie Konstantego Skirmunta, znaczącego polityka II Rzeczpospolitej, złożyli kwiaty i zapalili znicze. Przy grobie Skirmunta spotkali się m.in. radna miejska Beata Mucha oraz dr Piotr Sosiński, prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej

Konstanty Skirmunt przyjechał do Sobięcina, dzisiejszej dzielnicy Wałbrzycha, w 1946 r. po zakończeniu II wojny światowej już jako 80-letni staruszek. Znalazł się pod opieką tamtejszych sióstr niepokalanek. Wspierała go jego siostra Jadwiga. Trzy lata później zmarł, jednak przez czas pobytu zdołał zaskarbić sobie sympatię i wielki szacunek zarówno zakonnic, jak i uczennic liceum prowadzonego przez siostry. Dzięki sobięcińskim niepokalankom miejsce pochówku Konstantego doczekało się nagrobka, którym do dziś opiekują się siostry i uczennice szkoły. Niewiele osób jednak pamięta o tym wybitnym przedwojennym polityku, który niemal w całkowitym zapomnieniu spoczywa w wałbrzyskiej ziemi. Choć Konstanty za swą działalność otrzymał takie odznaczenia, jak: Wielkie Wstęgi Orderu Polonia Restituta, francuska Legia Honorowa, Korona Włoska, belgijski Order Leopolda, jugosłowiański Orzeł Biały, norweski order św. Olafa, angielski Order Wiktorii i flamandzka Biała Róża – to w Wałbrzychu nigdy nie został należycie uhonorowany i to nie tylko w czasach tzw. PRL-u, ale nawet po 1989 r. rządzący miastem nie zdobyli się choćby na nadanie imienia Konstantego Skirmunta jednej z ulic miasta.
CZYTAJ DALEJ

Pielgrzymi duchowi znów wyruszyli ulicami Łodzi

2026-08-23 07:04

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Pielgrzymka łódzka

Joanna Popławska

W drugim dniu pielgrzymki ulicami Łodzi uczęstniczyło ponad 80 osób

W drugim dniu pielgrzymki ulicami Łodzi uczęstniczyło ponad 80 osób

W sobotę, 22 sierpnia, odbył się drugi dzień inicjatywy „Łódzka Pielgrzymka na Jasną Górę dla tych, co zostają w mieście”. W czasie, gdy łódzcy pątnicy zmierzają pieszo przed tron Jasnogórskiej Pani, uczestnicy miejskiej pielgrzymki pokonują fragment drogi ulicami Łodzi, łącząc się z nimi duchowo. Inicjatywę po raz trzeci organizuje parafia Matki Bożej Fatimskiej w Łodzi. Pielgrzymce dla tych, którzy pozostali w mieście, przewodniczył ks. Adam Grałek, proboszcz parafii Matki Bożej Fatimskiej w Łodzi.

Trasy rozpoczynają się w godzinach popołudniowych, dzięki czemu mogą w nich uczestniczyć również osoby pracujące. Drugiego dnia pielgrzymi rozpoczęli drogę w krypcie Sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej przy kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny na placu Kościelnym. Przed wyruszeniem modlili się szczególnie za 7-letniego Filipa Fiksa, który razem z mamą i wolontariuszami pielgrzymuje w 101. Łódzkiej Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę. Chłopiec zmaga się z dystrofią mięśniową Duchenne’a — ciężką, postępującą chorobą, która prowadzi do utraty siły i sprawności mięśni.
CZYTAJ DALEJ

Ksiądz pielgrzym, który zawsze mówił: „Damy radę”

2026-08-23 13:44

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

ks Paweł Kłys

„Był sługą, który zawsze mówił: damy radę”. W Łękawie uczczono pierwszą rocznicę śmierci ks. Władysława Pietrzyka

„Był sługą, który zawsze mówił: damy radę”. W Łękawie uczczono pierwszą rocznicę śmierci ks.
Władysława Pietrzyka

– „Dobra, dobra, damy radę, poradzimy sobie” – te słowa ks. Władysława Pietrzyka przez lata towarzyszyły pielgrzymom zmierzającym na Jasną Górę. W przededniu pierwszej rocznicy jego śmierci w parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Łękawie modlono się za zmarłego kapłana, wspominając go jako człowieka wielkiego serca, kapłana-sługę i gospodarza, który zawsze był gotów pomóc drugiemu człowiekowi.

W sobotni wieczór, 22 sierpnia, Eucharystii w intencji śp. ks. Władysława Pietrzyka przewodniczył bp Zbigniew Wołkowicz. Homilię wygłosił ks. Łukasz Tarnawski, proboszcz parafii św. Kazimierza w Łodzi i wieloletni kierownik Pieszej Pielgrzymki Łódzkiej na Jasną Górę.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję