Reklama

Komentarze

Jak przetrwać COVID?

To on, gdy leżał na oddziale zakaźnym, zaśpiewał Edycie Górniak: „Ja nie jestem statystą...”. Marek Posobkiewicz, lekarz, były główny inspektor sanitarny MSWiA, znany szerzej jako Don Gisu, przekonuje dziś: nie lekceważcie tego wirusa. I zachęca do szczepień.

Niedziela Ogólnopolska 50/2020, str. 46-47

[ TEMATY ]

lekarz

COVID‑19

Archiwum prywatne

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Katarzyna Woynarowska: Jak się Pan czuje?

Marek Posobkiewicz: No cóż, nie tak dobrze, jak przed chorobą, ale już wróciłem do pracy...

Jest Pan w grupie podwyższonego ryzyka. Przypomnę, że był Pan nie tylko głównym inspektorem sanitarnym MSWiA, ale przede wszystkim aktywnym lekarzem.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Dlatego z tym, że zostanę zakażony, liczyłem się od wiosny, bo zaraźliwość tego wirusa jest bardzo duża. Większość z nas przed nim nie ucieknie...

Straszy Pan...

Nie straszę. Będziemy mieć spokój z pandemią dopiero wtedy, jak większość z nas będzie po kontakcie z wirusem – czyli przechoruje go objawowo lub przejdzie bezobjawowe zakażenie. Dopiero wtedy spadnie liczba wektorów, czyli tych osób, które miały kontakt z wirusem i roznosiły go dalej. Zwłaszcza osoby aktywne zawodowo.

Testował się Pan regularnie?

Właśnie nie. Uznałem, że dopiero jak wystąpią u mnie objawy, to się przebadam. W tym czasie miałem kontakt z pacjentami covidowymi na oddziale zakaźnym, z podopiecznymi podwarszawskiego domu opieki społecznej, chodziłem do izolatorium. I uwaga – stosując podstawowe procedury bezpieczeństwa, udało mi się od marca do końca października uniknąć zakażenia. Zaraziłem się poza szpitalem...

Czyli warto nosić maseczki i myć ręce...

Reklama

Bezdyskusyjnie! Nosiłem najzwyklejsze maseczki chirurgiczne – te z gumkami na uszy, przyłbicę, dwie pary rękawiczek i zwyczajny fartuch fizelinowy...

Z życia na czwartym biegu, nagle trach...

Przez pierwsze trzy dni izolowałem się w mieszkaniu zastępczym. Potem mój stan się pogorszył. Zabrano mnie do szpitala. Spędziłem tam ponad dwa tygodnie.

Jakie to uczucie dla lekarza znaleźć się nagle w roli pacjenta?

Pierwsze uczucie – pobyt na oddziale covidowym znacznie różni się od zwyczajnego pobytu w szpitalu. Nie ma odwiedzin bliskich, pacjent jest zamknięty w sali, z której nie wolno mu się ruszyć na krok. Lekarz czy pielęgniarka, zanim ktokolwiek wejdzie do tego pokoju, najpierw puka.

Puka?

To jest sygnał, że pacjent musi założyć maseczkę. A jeśli nie ma już na to siły, powinien chociaż odwrócić głowę do ściany, żeby przypadkiem nie kaszleć w stronę lekarza czy pielęgniarki. Trzeba zminimalizować niebezpieczeństwo zarażenia personelu...

Leżał Pan w szpitalu, w którym na co dzień pracuje...

Reklama

W szpitalu MSWiA, w klinice chorób wewnętrznych i reumatologii, który stał się teraz – jak wiele tego typu placówek w Polsce – szpitalem covidowym. W ogóle taki rdzenny profil internistyczny ułatwia diagnostykę i opiekę nad chorymi. Od wiosny tę klinikę prowadzi prof. Katarzyna Życińska, która razem z zespołem wypracowała standardy dobrej opieki nad chorym. Mimo dobrej opieki mój stan się pogorszył w ciągu kilku dni po przyjęciu. Ten wirus jest nieprzewidywalny...

Izolacja sama w sobie musi być trudna...

Wie Pani, w dobie powszechnego dostępu do internetu i do telefonów komórkowych ten pobyt, ta izolacja, zamknięcie powinny być znacznie łatwiejsze. A nie są. Zauważyłem, że wielu pacjentów, i to nie tylko tych starszych, ma kłopot z dłuższym przebywaniem w samotności, źle znosi odizolowanie od bliskich, od pracy.

Ja się nie dziwię. Mamy tyle spraw, terminów, zobowiązań...

Jest jeszcze jeden aspekt. W zasadzie nikt, zwłaszcza w początkowym etapie choroby, nie wie, jak będzie ona w jego przypadku przebiegała. Oczywiście, wszyscy powinniśmy mieć nadzieję na lekki jej przebieg, ale... Opowiem o jednym z wielu przypadków. Ojciec, starszy mężczyzna, cierpiący z powodu astmy i cukrzycy, przeszedł koronawirusa lekko, a jego syn, zdrowy, wysportowany, bez chorób towarzyszących, ledwo przeżył.

Czy, Pana zdaniem, Polacy lekceważą sobie pandemię?

Reklama

Nie tylko Polacy. Wielu ludzi na całym świecie podaje w wątpliwość istnienie pandemii. W wielu krajach są już ruchy koronasceptyków, antycovidowe. Pewnie zna Pani historię Hiszpana, który brał udział w protestach i próbował przekonać innych, że nie ma żadnego koronawirusa, a potem wylądował w szpitalu w ciężkim stanie. Przed śmiercią zdążył powiedzieć: nie wiedziałem, że to tak jest... Cóż – jedni są przekonani, że ziemia jest płaska, a inni, że wirusa nie ma, bo go nie widać...

Nie irytuje Pana, że ludzie bardziej ufają politykom i celebrytom niż specjalistom, takim jak Pan? Nie będę nosił maseczki, nie zaszczepię się...

No i co Pani zrobi? Prawda jest taka, że gdyby nie powszechne szczepienia, zapewne nie rozmawialibyśmy dziś ze sobą. Co się działo w czasie epidemii ospy prawdziwej albo grypy Hiszpanki? Miliony ludzi umarło przed erą szczepień. W Polsce powojennej rocznie na odrę chorowało do 300 tys. ludzi, a kilkaset osób z jej powodu umierało. Po szczepieniach, które zaczęły się w latach 70. XX wieku, pod koniec lat 80. nie było już w Polsce zgonów z powodu tej choroby. To są fakty.

Czyli szczepionka, na którą tak czeka świat, zatrzyma COVID-19?

Jeżeli pojawi się w pełni skuteczna szczepionka, to przyspieszy wygaszenie pandemii. Ale do tego wygaszenia dojdzie dopiero wtedy, gdy kilkanaście milionów Polaków będzie już po kontakcie z koronawirusem. Szczepionka jedynie przyspieszy ten proces.

Ufa Pan tym szczepionkom?

Reklama

Tu nie ma miejsca na zabawę. Każda firma, która bierze się za próbę opracowania szczepionki, bierze na siebie także odpowiedzialność, że ten preparat będzie bezpieczny. Dlatego proces wdrażania szczepionki ma kilka etapów, a ostatnim jest testowanie na ochotnikach... na tysiącach ludzi. I obserwowanie, jak wytwarza się u nich odporność. Jeżeli się obserwuje jakieś niekorzystne działania, to taka szczepionka jest momentalnie dyskwalifikowana. Mam zaufanie do świata nauki, w przeciwnym razie byłoby bez sensu zajmowanie się tym, czym się zajmuję. Komuś trzeba zaufać. Nie radzę opierać swojej wiedzy na doniesieniach z internetu, ale czerpać ją z rzetelnych informacji naukowych.

A co ze świętami? Uda się namówić Polaków, by nie świętowali jak zwykle?

Nie wyobrażam sobie jakiegoś powszechnego sprawdzania, kto z kim siada do świątecznego stołu. Trzeba jednak o tych obostrzeniach głośno mówić, żeby ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że swoim postępowaniem mogą spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa; że dzięki rozwadze mogą uchronić swoich bliskich przed zakażeniem, chorobą, a nawet śmiercią. Przecież zdarzały się takie przypadki, że po imprezach rodzinnych biesiadnicy zakażali się, a nawet umierali.

Czy można coś zrobić, by przejść COVID-19 już nie mówię bezobjawowo, ale chociaż łagodniej?

Powinniśmy dbać o nasz układ odpornościowy. To nas, co prawda, w 100% nie zabezpieczy, ale pozwoli, by nasz organizm lepiej walczył z zakażeniem. Poza tym – duża ilość snu, wypoczynek, wyważona dieta, świeże powietrze... Regularny ruch na świeżym powietrzu. Nie chodzi o jakiś sport wyczynowy, ale o regularną codzienną dawkę ruchu.

A jeśli już jesteśmy dodatni? Albo zaczynamy czuć się gorzej?

Reklama

Natychmiast powinniśmy zwolnić tempo życia i się izolować, żeby nie doprowadzić do transmisji wirusa. Nasze nieeksploatowanie się może spowodować, że to zakażenie przejdziemy łagodniej, tzn. nie dojdzie do zapalenia płuc, zapalenia mięśnia sercowego, do różnych innych powikłań, czyli do ciężkiego przebiegu choroby.

Gdyby był Pan doradcą premiera, jakie obostrzenia by Pan sugerował?

Ważne są działania edukacyjne. Nie chodzi o to, by społeczeństwu coś narzucać, bo potraktują to jako ograniczenie wolności. Chodzi o to, żebyśmy zrozumieli sens tej walki, po co są te obostrzenia, przed czym mogą nas chronić.

Czyli wszystko byle nie lockdown?

Nie można całkowicie zamknąć kraju. Ktoś musi pracować, ktoś musi dbać o nasze bezpieczeństwo, o zdrowie. Musimy ze spokojem przejść przez pandemię, bo nie ma innego wyjścia. Ten wirus jest wśród nas i jest bardzo zjadliwy, bardzo zakaźny. I to od naszego zachowania zależy, ile to jeszcze potrwa...

2020-12-09 10:30

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dokta z Buluby

Niedziela Ogólnopolska 11/2020, str. 46-47

[ TEMATY ]

lekarz

Archiwum Wandy Błeńskiej

Był 19 lutego 1950 r. Z Londynu wypływał statek do Mombasy. Wśród pasażerów była 39-letnia lekarka Wanda Błeńska, której celem był Fort Portal w Ugandzie, a tam – leczenie trędowatych.

Zapis z pamiętnika dr Błeńskiej: „Dziś po południu o godz. 16.00 wyruszyłam z Londynu. Deszcz pada cały czas. Na statku pełno ludzi... Staram się nie myśleć o tym, że opuszczam Anglię. Prócz fizycznego zmęczenia mam pokój w sercu i jakąś cichą, spokojną radość – jestem właściwie zupełnie szczęśliwa – jako nic nie mająca, a posiadająca wszystko”.
CZYTAJ DALEJ

Francja: świat żyje w ciemności, stąd tyle światła z małej iskry

2026-09-24 18:54

[ TEMATY ]

Francja

Notre‑Dame

Papież Leon XIV

iskra nadziei

@Vatican Media

Katedra Notre Dame w Paryżu

Katedra Notre Dame w Paryżu

Dzisiejsze odrodzenie wiary we Francji to iskra, która jasno świeci, bo nasz świat jest pogrążony w ciemności – mówi Vatican News rektor katedry Notre-Dame, który jutro w murach tej odbudowanej po pożarze świątyni będzie podejmował Leona XIV. Podkreśla, że Francja jest krajem misyjnym, lecz chrześcijanie wiedzą, że ich wiara to skarb, którym nigdy nie przestaną się dzielić.

Ks. Olivier Ribadeau Dumas zastrzega, że chrześcijaństwo nigdy nie miało we Francji ani w żadnym innym kraju złotej ery. Dziś rzeczywiście mamy do czynienia z odrodzeniem wiary. Jest ono niczym iskra, która jasno świeci, bo nasz świat jest pogrążony w ciemnościach. Katolicy z radością świadczą o swej wierze, bo wiedzą, że ludzie tego naprawdę potrzebują, szukają punktów odniesienia w swoim życiu, chcą w istocie by miłość, którą głosi Chrystus stała się fundamentem ich życia.
CZYTAJ DALEJ

„Ja także chciałabym zostać uzdrowiona”. Świadectwo Margherit

2026-09-27 18:36

[ TEMATY ]

Leon XIV we Francji

Vatican Media

Moja wiara się zachwiała. Byłam zła na Mamę Maryję - wyznała Margherite Hourt podczas spotkania Leona XIV z chorymi i osobami, które im posługują w Lourdes. Po wypadku, który odebrał jej sprawność, właśnie przy Grocie odnalazła pocieszenie. Jej świadectwo oraz słowa lekarza z Laval pokazały Papieżowi Lourdes widziane oczami tych, którzy wiedzą, że granica między pomagającym a potrzebującym pomocy może zniknąć w jednej chwili.

Podziel się cytatem Po raz pierwszy przyjechała tu jako dwudziestolatka, aby pomagać chorym i osobom z niepełnosprawnościami podczas pielgrzymek diecezji Metz. Później robiła to przez ponad 14 lat. Na co dzień pracowała w fabryce ceramiki, a urlop przeznaczała na służbę chorym w Lourdes.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję