Reklama

Czy ktoś nas przeprosi?

O pamięci KL Auschwitz, politycznych manipulacjach i pieniądzach z byłą więźniarką obozu Barbarą Wojnarowską rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Była Pani jednym z najmłodszych więźniów KL Auschwitz i zapewne niewiele Pani pamięta z tego okresu dzieciństwa. Kiedy dotarła do Pani świadomość „oświęcimskiej przeszłości”?

BARBARA WOJNAROWSKA: – Gdy mama odnalazła mnie dwa lata po wojnie w jakimś sierocińcu, zaczęłam już co nieco kojarzyć, że wokół mnie działo się coś dziwnego. Ale wówczas nie miałam jeszcze sześciu lat i nie mogłam zrozumieć nawet tego, że mama jest moją mamą. Mama nie lubiła mówić o obozowych przejściach, ale świadectwem naszego pobytu w Auschwitz były listy wymieniane między moją babcią a rodzicami (po latach oddałam je do oświęcimskiego muzeum). Dopiero znacznie później zaczęłam się powoli i z różnych źródeł dowiadywać, jak to było.

– Jak to było?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Z powstańczej Warszawy wywieziono mnie z rodzicami do obozu, tam rodziców rozdzielono, ja zostałam przy mamie. Przetrwałyśmy do wyzwolenia obozu i na skutek panującego tam wówczas chaosu trafiłam do sierocińca. Mama – jak mi po wielu latach dość niechętnie opowiadała – była świadkiem wyzwalania obozu, gwałtów na więźniarkach... Mama nie lubiła wspominać, a ja mam w pamięci ledwie jakieś wrażenia, jakieś uczucia, jak leżałam chora na pryczy... Pamiętam, że jadłam placek ziemniaczany, który upadł na podłogę, i że bardzo mi smakował. Ten wyjątkowy rarytas mieliśmy na wigilijną wieczerzę w 1944 r. Całkiem dobrze pamiętam natomiast to, że lata powojenne były dla mnie jako dziecka niezwykle trudne, buntowałam się, sama nie wiem przeciwko czemu, było mi jakoś wyjątkowo przykro...

– Ale w końcu przecież udało się Pani dokładniej poznać i zrozumieć swoją osobistą historię...?

– Historię mojej rodziny poznałam właściwie dopiero z książki „Moja wojna” („Mein Krieg”) Joego J. Heydeckera, która ukazała się w 2009 r. Dowiedziałam się np., że moją matką chrzestną nie była, jak to utrzymywali rodzice, pochodząca z Krakowa i mieszkająca z nami w czasie wojny ciocia Genia. Ciocia Genia Byczkowska była Żydówką, wchodziła w skład Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Była więc „moją chrzestną”, bo rodzice w ten sposób ją ukrywali...

– I z tego powodu znaleźli się w Auschwitz?

Reklama

– Tego nie wiem. Do dziś nie zdołałam ustalić, w jaki sposób i dlaczego trafiliśmy do obozu koncentracyjnego. Autor wspomnianej książki nic o tym nie mówi, bo choć bardzo był związany z moimi rodzicami, to jednak o tym, co robili, niewiele wiedział. W ubiegłym roku udało mi się nawiązać kontakt z panią Marą Kraus, przyjaciółką nieżyjącego Joego J. Heydeckera, która twierdzi, że moi rodzice w czasie wojny pomagali wielu Żydom i zostali wydani Gestapo przez konfidentów, których w środowisku aktorskim Warszawy było bardzo wielu... A może dlatego, że w restauracji „Gospoda Włóczęgów”, którą prowadzili w czasie okupacji, był zakonspirowany magazyn broni...? Ja do dziś naprawdę nie wiem, dlaczego jako 3-letnie dziecko znalazłam się w KL Auschwitz.

– Niedawno po dziesięcioleciach pobytu na emigracji powróciła Pani na stałe do Polski. Jak przyjmuje Pani tę dyskusję, która niedawno rozgorzała właśnie wokół spraw oświęcimskich, a zwłaszcza oskarżanie Polaków przez międzynarodową opinię o udział w Holokauście?

– Jestem tym do głębi oburzona, ale chyba rozumiem, że musiało dojść do takiego stanu rzeczy. Moim zdaniem, jedna z przyczyn tego opluwania Polski tkwi w dzisiejszym Izraelu, w którym dominujący wpływ mają Żydzi pochodzący z Rosji, tradycyjnie wrogo nastawieni do Polaków, bo np. francuski Żyd nigdy nie będzie pluł na Polskę...

– A amerykański Żyd?

– Tu bywa różnie, a przeważnie chodzi o pieniądze. Bywałam często w Stanach Zjednoczonych – mam tam wielu kolegów prawników – i bardzo otwarcie rozmawiałam o polsko-żydowskich zaszłościach, także o biznesie związanym z Holokaustem. Oni nie lubią odpowiadać na pytania dotyczące tego tematu, nie tolerują sprzeciwu, natomiast bardzo dbają o swoje sprawy. Gdy w latach 80. XX wieku Amerykański Kongres Żydowski wytoczył bankom szwajcarskim proces w celu przejęcia pieniędzy z kont Żydów, którzy zginęli bezpotomnie w Holokauście, mieliśmy niemal globalne polityczne trzęsienie ziemi. Wtedy Szwajcarzy zdecydowali się pójść na ugodę, a ja się tu muszę przyznać, że na tym skorzystałam.

Reklama

– W jaki sposób?

– Banki szwajcarskie zgodziły się wypłacić Amerykańskiemu Kongresowi Żydowskiemu pewną część pieniędzy zdeponowanych na „martwych kontach’” – to były miliardy franków szwajcarskich – jednakże pod warunkiem, że 25 proc. tej sumy zostanie wypłacone więźniom nieżydowskim, którzy mieli konta w Szwajcarii. Oczywiście, nie dostałam się na tę listę „nieżydowskich” wybrańców losu – nigdy wcześniej nie starałam się o jakiekolwiek odszkodowania z tytułu pobytu w KL Auschwitz – ale nieco okrężną drogą obiecano mi jednak wypłacić jakieś pieniądze. Niezbędne formalności musiałam załatwiać przez gminę żydowską w Genewie. Denerwowało mnie, że ja, Polka, muszę korzystać z łaskawego pośrednictwa gminy żydowskiej! Tam mi powiedziano, że to dlatego, iż Polacy sami nie potrafią się zorganizować, że nie dbają o własne sprawy. Złożyłam odpowiednie formularze, a urzędniczka odebrała je z ironicznym komentarzem: Nie wstyd pani starać się o odszkodowanie z takimi zarobkami, z takim stanowiskiem...? Czułam, że wymierzyła mi ten policzek tylko dlatego, iż byłam zamożną Polką, a nie bogatą Żydówką...

– Dostała Pani to odszkodowanie?

Reklama

– Po ponad 15 latach, gdy już na emeryturze zamieszkaliśmy z mężem w Hiszpanii, dostałam korespondencję z Nowego Jorku – czek na 15 tys. dolarów do wypłaty w ratach. Wielkość tego „odszkodowania” mnie nie rozczarowała, chodziło mi tylko o wyegzekwowanie choćby minimum sprawiedliwości dla „nieżydowskich” ofiar wojny... Przy czym to wcale nie było odszkodowanie za obóz, lecz drobna rekompensata za to, że moi rodzice mieli kiedyś pieniądze w banku szwajcarskim. Moim zdaniem, nie-Żydzi nigdy nie mieli większych szans na godziwe odszkodowania wojenne.

– Wydaje się, że zwłaszcza Polacy nie mogą w tej sprawie liczyć na sprawiedliwość...

– Najbardziej boli to, że Polacy, którzy w czasie tej wojny cierpieli najwięcej, dostali najmniej odszkodowań, a teraz mówi się jeszcze, że Polsce nie należą się żadne reparacje wojenne...

– Rzeczywiście, są ogromne dysproporcje w traktowaniu ofiar niemieckich obozów zagłady – w krajach zachodnich, w Niemczech, w Izraelu Niemcy wypłacają im comiesięczne wsparcie, natomiast w Polsce 15-20 lat temu wypłacono jedynie jednorazowe mikroskopijne świadczenia, czyniąc przy tym wiele szumu o polsko-niemieckim pojednaniu.

– Po powrocie do Polski postanowiłam się przyjrzeć bliżej tym sprawom, wcale nie we własnym interesie; chciałam po prostu wyjaśnić to, czego nie potrafiłam zrozumieć... W Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie już na pierwszy rzut oka widać było, że jest martwa. Poinformowano mnie tam, że już dawno skończyły się pieniądze, które nie pochodziły ze stałego źródła, czyli z budżetu państwa niemieckiego, lecz z prywatnych darowizn, które już nie napływają. Zdziwiło mnie to, bo przecież obowiązek wypłacania odszkodowań wojennych nie ulega przedawnieniu, roszczenia poszkodowanych mogą się pojawiać bardzo długo po wojnie. Dziwne, że inni to wykorzystują, a Polacy nie!

Reklama

– Często odwiedzała Pani Oświęcim po wojnie?

– Jak mówiłam, naznaczeni ogromną traumą moi rodzice – zwłaszcza mama – nie lubili wracać do obozowych wspomnień i chyba robili wszystko, abym ja też niczego nie pamiętała... Sama więc dość późno zaczęłam wracać do tej niepamiętanej przeszłości. Od 2005 r. dostawałam zaproszenia na uroczystości związane z wyzwoleniem KL Auschwitz.

– Jak do tego doszło, że organizatorzy przypomnieli sobie o więźniarce nr 83638?

– Sama o sobie nikomu nie przypominałam... Pierwsze zaproszenie przyszło do mnie dość okrężną drogą – przez moją dobrą znajomą panią Simone Veil. I to ona, dobrze znając moją przeszłość, zaproponowała mi wyjazd z delegacją francuską na obchody 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. A ja postanowiłam pojechać, ale jako Polka. Bo choć miałam inne obywatelstwo, to zawsze bardzo dbałam o swoje polskie papiery. Simone Veil napisała – nie wiem, czy do dyrekcji obozu, czy do Władysława Bartoszewskiego – aby przysłano mi zaproszenie. Dostałam je na mój hiszpański adres. Potem dostawałam już zaproszenia co roku, ale nie zawsze jeździłam.

– Jakie były Pani pierwsze wrażenia, czy próbowała Pani odnaleźć ślady swojego dzieciństwa?

Reklama

– Moim celem było odnaleźć obozowe dzieci – czyli dziś panie ok. osiemdziesiątki. Szukałam więźniarek w moim wieku, wypytywałam. Takiego tłumu na terenie obozu nigdy później już nie widziałam. Środkowa, największa trybuna – w całości zarezerwowana wyłącznie dla delegacji izraelskiej. Tam, dzięki specjalnej przepustce „gościa honorowego”, która umożliwiała mi swobodne poruszanie się po odizolowanych od siebie sektorach, starałam się zaleźć osoby, które jako dzieci były w tym samym bloku, co ja. Niestety, kiedy osoba z sektora izraelskiego, z którą nawiązałam kontakt, dowiedziała się, że nie jestem Żydówką, zręcznie znalazła pretekst, aby nie kontynuować naszej rozmowy. Osobę, która była krótko w tym samym bloku (w październiku 1944 r.) – znalazłam nie podczas uroczystości w Oświęcimiu, lecz dopiero później, w Paryżu. Kontakt dostałam od kustosza Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – pani Heleny Kubicy. A wtedy, w Oświęcimiu, odniosłam wrażenie, że nikt nic nie wiedział albo może nie chciał wiedzieć...

– Zdziwiło to Panią?

– Nie od razu. Dopiero gdy podobnie zachował się dziennikarz z BBC, który dowiedziawszy się, że jestem polską więźniarką, wyłączył kamerę... Wtedy zrozumiałam, że więźniowie KL Auschwitz zostali podzieleni lub dali się podzielić na lepszych i gorszych. O co chodzi? – pytałam sama siebie. Przecież kiedyś wszyscy razem, zziębnięci, staliśmy tu co rano na tym samym apelu, piliśmy tę samą wstrętną kawę, tak samo nas bito i maltretowano, a teraz nagle dzielimy się na Żydów i nie-Żydów?! W tymże 2005 r., podczas hucznych rocznicowych uroczystości w Oświęcimiu – na które przybyli wielcy politycy i głowy państw z całego świata – uświadomiłam sobie, że my, Polacy, tu nie istniejemy! Że nas tu nie ma i nie było! Wtedy postanowiłam działać, i to od razu.

– Jak?

Reklama

– Gdy na uroczystym przyjęciu dla VIP-ów – do których dzięki Simone Veil zostałam zaliczona – usłyszałam, jak amerykański wiceprezydent Dick Cheney mówi do kogoś z wielkim ubolewaniem, że ten „żydowski obóz tak bardzo ucierpiał”, natychmiast do niego podeszłam i grzecznie się przedstawiwszy, zadałam pytanie: dlaczego mówi się wyłącznie o więźniach żydowskich? – przecież byli także inni, a pierwsi trafili tu Polacy, skazana na zagładę polska inteligencja? Odpowiedział zdawkowo: Być może, być może... I na tym rozmowa się skończyła. Byłam zaszokowana.

– Chyba nie bardziej niż podczas uroczystości oświęcimskich w 2018 roku...

– To prawda. I nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, co się tam wtedy stało. Trudno mi dziś ocenić, jakie będą skutki politycznego kompromisu i deklaracji podpisanej po kilku miesiącach przez premierów Polski i Izraela, ale pytam: dlaczego do tej pory nikt nas, więźniów, nie przeprosił za to, że tę podniosłą uroczystość wykorzystano tak niegodziwie, dla politycznego interesu?! KL Auschwitz nie powinien być areną politycznych rozgrywek i mam nadzieję, że to, co się tam zdarzyło 27 stycznia 2018 r., już się nie powtórzy.

2018-07-17 13:10

Oceń: +2 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bp Krzysztof Nitkiewicz został mianowany członkiem Najwyższego Trybunału Stolicy Apostolskiej

2026-07-25 12:13

[ TEMATY ]

Watykan

bp Krzysztof Nitkiewicz

Diecezja Sandomierska

Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej poinformowało, że Ojciec Święty mianował nowych członków Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej. W gronie nowo mianowanych znalazł się biskup diecezji sandomierskiej Krzysztof Nitkiewicz.

Bp Krzysztof Nitkiewicz, który od 2009 roku posługuje jako ordynariusz sandomierski, posiada bogate doświadczenie pracy w Kurii Rzymskiej oraz wykształcenie prawnicze. Ukończył studia specjalistyczne z zakresu prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, uzyskawszy tytuł doktora.
CZYTAJ DALEJ

Śmierć Jezusa nie jest przegraną - jest wyzwoleniem

[ TEMATY ]

rozważania

Glossa Marginalia

pixabay.com

Paweł mówi o „skarbie w naczyniach glinianych”. Skarbem jest Ewangelia o chwale Boga jaśniejącej na obliczu Chrystusa; naczyniem - ludzka kruchość. Glina łatwo pęka, dlatego zachowuje człowieka w prawdzie o sobie. Apostoł podkreśla w ten sposób, że nadmiar mocy należy do Boga. Posłaniec niesie dar, który go przerasta; źródło bije w Bogu. Dalej Paweł układa cztery przeciwstawienia. Jest ucisk, lecz nie zgniecenie. Jest bezradność, lecz nie rozpacz. Jest prześladowanie, lecz nie opuszczenie. Jest powalenie, lecz nie zagłada. Taki jest rytm życia apostolskiego. Pośrodku pada zdanie o „konaniu Jezusa” noszonym w ciele. Greckie nekrōsis mówi o stałym obumieraniu, o życiu wystawionym na stratę. Tę drogę Paweł czyta paschalnie: śmierć Jezusa działa w nim po to, by życie Jezusa mogło objawić się w Kościele. „Śmierć działa w nas, życie zaś w was”. Posłaniec bierze na siebie trud, aby inni mogli oddychać Ewangelią. Werset o „duchu wiary” nawiązuje do Psalmu 116: człowiek wierzący mówi, bo zaufał Bogu. Dlatego Paweł mówi nawet pośród cierpienia. U kresu tej drogi stoi zmartwychwstanie. Ten, który wskrzesił Jezusa, wskrzesi także apostoła wraz z Kościołem i postawi wszystkich przed sobą. Wielka jest dobra nowina tego fragmentu: kruchość sługi staje się miejscem, przez które przechodzi moc Paschy. W dniu św. Jakuba te słowa brzmią szczególnie wymownie. Apostoł odda życie, a w tej stracie objawi się życie Chrystusa.
CZYTAJ DALEJ

Watykan: nowy papieski przedstawiciel przy ONZ

2026-07-25 12:58

[ TEMATY ]

Watykan

ONZ

Nominacje

Vatican Media

Ojciec Święty mianował stałym obserwatorem Stolicy Apostolskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) w Nowym Jorku arcybiskupa, Christophe’a Zakhia El-Kassisa, dotychczasowego nuncjusza apostolskiego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Jemenie oraz delegata apostolskiego na Półwyspie Arabskim.

Abp Christophe Zakhia El-Kassis urodził się 24 sierpnia 1968 r. w Bejrucie. Ukończył studia prawnicze, uzyskując tytuł magistra obojga praw (utroque iure) oraz doktorat z prawa cywilnego i kanonicznego. Święcenia kapłańskie przyjął 21 maja 1994 r. dla maronickiej archieparchii Bejrutu z rąk abp. Khalila Abi-Nadera.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję