Reklama

Poza głównym nurtem

O niełatwej egzystencji prawicowych mediów i dziennikarzy w III RP z dziennikarką śledczą Dorotą Kanią rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 21/2018, str. 36-37

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jak to się stało, że absolwentka wydziału filozofii uczelni katolickiej została najbardziej znaną i skuteczną dziennikarką śledczą?

DOROTA KANIA: – Zaczęło się zwyczajnie: język polski zawsze był moim konikiem, lubiłam pisać wypracowania, już w liceum chciałam iść na dziennikarstwo, ale wtedy było ono „czerwone”. Wybrałam więc filozofię na UKSW (wówczas jeszcze ATK) i to były bardzo dobre studia, środowisko niepodległościowe, wolnościowe. Napisałam pracę nt. św. Tomasza z Akwinu.

– I oczywiście potem trudno było o pracę?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Tak, ale przyszła już wolna Polska i mimo że miałam dwójkę małych dzieci, zdecydowałam się szukać odpowiedniego zajęcia właśnie w dziennikarstwie. Dziś widzę, że Pan Bóg od początku poprowadził tę moją drogę zawodową.

– A chyba nie było łatwo, bo trwały wówczas przepychanki polityczne w świeżo kształtujących się „wolnych mediach”...

Reklama

– Trafiłam do „Super Ekspressu”, tworzonego wówczas wprawdzie przez dziennikarzy ze starego rozdania, ale dla mnie liczyło się przede wszystkim to, że naczelny Grzegorz Lindenberg był osobą o niesamowitej wizji, że dawał dziennikarzom dużo wolności. A gdy jeden z moich pierwszych artykułów śledczych (o związkach polityki z mafią) nie spodobał się właścicielom, naczelny oświadczył, że nie ma takiej możliwości, by jakakolwiek publikacja została zablokowana.

– A jednak przez prawie trzy dziesięciolecia III RP ta wolność mediów często bywała tylko iluzoryczna, niełatwo było być naprawdę wolnym dziennikarzem i jeszcze zarobić na utrzymanie rodziny.

– To prawda. Gazety zmieniały właścicieli, profile i sympatie polityczne, a dziennikarstwo śledcze nie wszędzie było mile widziane. „Super Express” przez pewien czas był wyjątkiem. Na pewno nie byłabym tym, kim teraz jestem, gdyby nie szefowa działu krajowego Maria Leśnikowska, która z poświęceniem pracowała nad tematami i naszym warsztatem dziennikarskim. Nie było bylejakości, wszyscy naprawdę byliśmy przejęci pracą!

– Misją dziennikarską?

– Tak! Dlatego gdy „Super Express” z mocnej gazety, która ujawniała różne nieprawidłowości – np. kompromitujące materiały dotyczące Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego – zaczął się zmieniać w pozbawiony ambicji tabloid, musiałam odejść. Przez krótki czas pracowałam w „Nowym Państwie”, świetnym prawicowym miesięczniku. Szansą wydawało się też nowo utworzone „Życie”, dziennik o zabarwieniu konserwatywnym, niestroniący od prowadzenia dziennikarskich śledztw.

– „Życie” miało być wyspą prawicowego dziennikarstwa...

Reklama

– Przez krótki czas nią było. Był świetny zespół, jednak cały nasz dziennikarski zapał został szybko zmarnotrawiony. Do dziś się zastanawiam, dlaczego redaktor naczelny Tomasz Wołek, znany wówczas jako nieprzejednany prawicowiec, z taką niefrasobliwością doprowadził do unicestwienia tego prawicowego dziennika, który w kontrze do „Gazety Wyborczej” miał przecież szansę zagospodarować wielki segment rynku czytelniczego.

– Bo ta gazeta, jak wiele innych w owym czasie dobrze rokujących przedsiębiorstw, jakby z góry była skazana na upadłość...

– Nie jest tajemnicą, że „Życie” niemal od początku swego istnienia miało kłopoty finansowe. Ale ostatecznym nieszczęściem dla gazety było to, że po odrzuceniu sensownych inwestorów zakupiła ją spółka „4Media”, w której zarządzie zasiadali Jacek Merkel i jego towarzysze z Gdańska. Wtedy zaczęły się potworne kłopoty, redakcja była mamiona jakimś kapitałem izraelskim, jakimiś mitycznymi pieniędzmi... A ludzie miesiącami nie dostawali pensji.

– W końcu trzeba było znów odejść?

– Niestety, tak. Brutalnie skończyło się marzenie o tym, że my, dziennikarze, możemy zmieniać Polskę na lepsze. Wtedy zaproponowano mi pracę w „Życiu Warszawy”, które wprawdzie było już gazetą niszową, ale w redakcji zgromadziło się wielu uczciwych dziennikarzy, którzy starali się iść prostą drogą, pisać zgodnie ze swoimi przekonaniami i sumieniem.

– Prawicowi dziennikarze w III RP nigdy nie mieli lekko, zawsze byli w cieniu dominujących i bogatych mediów lewicowo-liberalnych. Niektórzy po prostu przechodzili na tę drugą stronę. Pani nigdy to nie kusiło?

Reklama

– Nigdy, choć bywało ciężko i biednie. Chwilę oddechu pełną dziennikarską piersią miałam po wygranych przez prawicę wyborach w 2005 r.; pracowałam w „Misji specjalnej” TVP z Anitą Gargas, rok później dostałam propozycję przejścia z częścią zespołu „Misji” do tygodnika „Wprost”.

– Do dzisiaj w środowisku dziennikarskim mamy radykalny podział na tych „lepszych”, pracujących w mediach tzw. głównego nurtu, i tych „gorszych” z mediów prawicowo-konserwatywnych (to, oczywiście, segregacja narzucona przez mainstream). Kiedy, Pani zdaniem, zaczął się wyraźnie zarysowywać ten podział?

– Bardzo wyraźnie uwidocznił się po wyborach przegranych przez lewicę. W latach 2005-06 zaczął się już tzw. przemysł pogardy i ostry podział wśród dziennikarzy, a przecież ledwie parę miesięcy wcześniej podczas dziennikarskich konferencji możliwa była spokojna rozmowa z Tomaszem Lisem, Tomaszem Sekielskim, Piotrem Pacewiczem i innymi kolegami z „GW”, z TVN. Mogliśmy wymieniać poglądy, merytorycznie dyskutować.

– Kiedy Pani skonstatowała, że znajduje się już po drugiej stronie barykady?

Reklama

– Było takie zdarzenie, które skłoniło mnie do odejścia z „Życia Warszawy”; jechałam z prezydentem Kaczyńskim na wizytę zagraniczną, wtedy pani Maria Kaczyńska przywiozła panu prezydentowi w torebce z EMPiK-u książki, bo jak wiadomo, prezydent Kaczyński zawsze musiał mieć coś do czytania, czytał wszędzie... W „Życiu Warszawy” ukazała się moja relacja z tej podróży z obrzydliwym zdjęciem, na którym pani Maria na trapie samolotu podaje prezydentowi reklamówkę. Wszystkie media rzuciły się ze złośliwymi komentarzami, że to pewnie drugie śniadanie tak nieelegancko podane. Wtedy stwierdziłam, że nigdy nie będę autoryzować tego typu manipulacji, że nie zgadzam się na ten przemysł pogardy. Niestety, jego moc rażenia była tak duża, że w 2007 r. PiS przegrał wybory.

– Wtedy prawicowi dziennikarze znaleźli się na zsyłce.

– Niestety tak, zwłaszcza że prawicowe media były nieliczne, bardzo słabe ekonomicznie. Istniały tylko: dość zgrzebna wtedy „Gazeta Polska”, „Nasz Dziennik”, Telewizja Trwam – jeszcze nie na multipleksie, Radio Maryja, dwa czy trzy tygodniki katolickie i nic więcej. Byliśmy całkowicie zepchnięci do narożnika. W tym czasie prezes TVP Andrzej Urbański zaproponował mi, żebym została szefem „Wiadomości”. To był koniec lutego 2008 r., byliśmy już po bardzo zaawansowanych rozmowach, a ten dzień zapamiętam do końca życia...

– Dlaczego?

– Tego dnia zadzwonił do mnie kolega z informacją, że niejaki Marek Dochnal, o którego ciemnych interesach pisałam, wyszedł z aresztu i oskarża mnie w programie TVN „Teraz My”, że wzięłam od niego łapówkę!

– Na jakiej podstawie?

Reklama

– Wzięłam kiedyś pożyczkę na zakup domu – spłaciłam ją w terminie, z odsetkami – od pośrednika handlu nieruchomościami, poleconego mi przez kolegów dziennikarzy, którym świadczył podobne usługi, a o którym nie wiedziałam, że jest spokrewniony z tymże negatywnym bohaterem moich publikacji. Co najciekawsze, informacja o tym, że prokurator Beata Kozicka z Opola wniosła przeciwko mnie oskarżenie, ukazała się w mediach tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich. W tym samym dniu media doniosły także, że o nadużycie uprawnień został oskarżony Mariusz Kamiński, szef CBA. A pani sędzia Kozicka wkrótce awansowała – z rąk prezydenta Komorowskiego odebrała nominację na sędziego Sądu Administracyjnego w Gliwicach.

– Wiedziała Pani zatem, że wobec Pani osoby trwa poważna polityczna rozgrywka?

– Przede wszystkim bezpośrednio poczułam działanie przemysłu pogardy. Pokazywano mnie jako osobę skorumpowaną, miałam przeszukanie, śledztwo... Wojciech Czuchnowski – który wcześniej pracował w mediach prawicowych – w „GW” pisał o mnie szkalujące artykuły. Zdawałam sobie sprawę, że chodzi o to, by mnie wypchnąć ze świata dziennikarskiego. Byłam groźna, niewygodna... We „Wprost” pisałam o aferach Platformy Obywatelskiej, o dokumentach IPN, o ministrze sprawiedliwości Zbigniewie Ćwiąkalskim, który sporządził ekspertyzę korzystną dla Marka Dochnala...

– Nie bez powodu w świecie dziennikarskim jest Pani postrzegana jako osoba bezprzykładnie odważna!

– Ja wtedy chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mogę być dla kogoś aż tak groźna, że tak mocno we mnie uderzy. Bardzo boleśnie odczułam nagonkę medialną; dziennikarze mainstreamu mówili, że skoro jest prowadzone przeciwko mnie śledztwo, to trzeba mi odebrać dostęp do IPN, dzwonili w tej sprawie do prezesa śp. prof. Janusza Kurtyki. Nie zgodził się.

– Jak wielu innych zachowywało się równie przyzwoicie?

Reklama

– Nieliczni. Redaktor naczelny „Wprost” Stanisław Janecki obwieścił mi, że musi się ze mną rozstać. Nie zdziwiłam się, bo przecież Stanisław Janecki wtedy bardzo podkreślał swoje znajomości z Donaldem Tuskiem i innymi politykami Platformy. Widziałam, że jestem dla tej redakcji przeszkodą... Wkrótce, na podstawie nieprawdziwych dowodów, wytoczono mi proces, który przegrałam w pierwszej instancji. Wtedy przekonałam się, że sędziowie w Polsce nie są niezawiśli i bezstronni. Pani sędzia Iwona Wierciszewska moich przeciwników przesłuchiwała niemal na kolanach.

– Dalej była już chyba tylko ściana, jeśli chciała Pani nadal uprawiać dziennikarstwo śledcze...

– A jednak nie! Mój obrońca – adwokat Maciej Zaborowski w kilkugodzinnym wywodzie obrończym podczas apelacji pokazał bzdurę wyroku skazującego. Zostałam prawomocnie uniewinniona. Wielu przyjaciół dziennikarzy nigdy nie uwierzyło moim oskarżycielom, niektórzy jednak woleli się zdystansować – niektórzy mówili mi wprost, że nigdzie pracy już nie znajdę... Jednak zaproponował mi ją Tomasz Sakiewicz z „Gazety Polskiej”. I tu zaczął się mój najlepszy czas zawodowy.

– Jednak wciąż była to praca na marginesie głównego nurtu.

– Dla nas najważniejsze było to, że pomimo iż cała „Gazeta” była obrzucana błotem, my trwaliśmy, wspieraliśmy się. To było i jest miejsce skupiające wolnych Polaków. W Klubach „Gazety Polskiej” powstała inicjatywa marszów pamięci, które przetrwały 96 miesięcznic. Dzięki wsparciu tego środowiska mogłam się naprawdę zawodowo rozwijać, pracować nad książką „Resortowe dzieci”.

– I znowu mocno zamieszała Pani w środowisku polityczno-dziennikarskim!

Reklama

– To prawda. Znowu polały się na mnie hektolitry pomyj! Ale nic to. Dzięki dobremu duchowi „Gazety Polskiej”, w której ukazywały się moje teksty o korzeniach elit III RP, już po procesie z Markiem Dochnalem, po kolejnych przegranych przez prawicę wyborach, mogłam się zabrać – wraz z dr. Jerzym Targalskim i Maciejem Maroszem – do pisania książek serii „Resortowe dzieci”. Okazało się, że zapotrzebowanie na tego rodzaju publikacje było przeogromne; wydawnictwo „Fronda” musiało robić dodruki. A co najważniejsze, te książki dokonały przełomu w myśleniu wielu ludzi, w ocenie politycznej III RP, dostarczyły wiedzy popartej dokumentami, wyjaśniały, dlaczego był możliwy „przemysł pogardy”.

– Jak ocenia Pani dzisiejszy świat mediów? Wydaje się, że media tego starego mainstreamu wciąż dominują...

– Wydaje się, że medialne „resortowe dzieci” w nieco mniejszym już stopniu kształtują opinię publiczną, jednak ostro działają. Najbardziej niepokoi mnie to, że także do obozu niepodległościowego przenikają owe resortowe wpływy; czasem mam wrażenie, że niektóre teksty są pisane pod dyktando służb specjalnych PRL. Wystarczy się przyjrzeć, kto jest w tej chwili we władzach spółek medialnych, kto ma nadal spore wpływy również w telewizji publicznej.

– W maju TV Republika, którą od niedawna Pani kieruje, obchodzi piątą rocznicę istnienia. Nie jest chyba łatwo utrzymać się na dzisiejszym polskim rynku medialnym, gdy się chce uprawiać niezależne, wartościowe dziennikarstwo.

– To prawda. Prowadzenie stacji, która musi się utrzymywać z telezakupów, reklam i programów realizowanych dla sponsorów, nie jest łatwe. TV Republika nie może liczyć na pieniądze z budżetu państwa, jak TVP, nie ma nas na multipleksie, jednak niektóre nasze programy mają oglądalność porównywalną z TVP. W ostatnim czasie udało nam się wprowadzić na antenę 20 nowych programów. Mam świetny młody zespół, z absolutnym poczuciem misji; staramy się robić to, czego nie robią inni, nawet telewizja publiczna – właśnie programy misyjne. Np. wyjątkowy program „Republika sztuki” czy niezwykle dla Polski dziś ważny, bo anglojęzyczny, program informacyjny „Poland Daily” oraz anglojęzyczny program biznesowy „Poland Daily Biznes”. Jesteśmy stacją prawicową, taką, jaką chcą mieć nasi widzowie, z bardzo ostrym prawicowym stanowiskiem. Bez ogródek mówimy to, co jest dla Polski najważniejsze.

Dorota Kania – dziennikarka śledcza, publicystka, redaktor naczelna Telewizji Republika

2018-05-23 10:40

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Polak zdobywcą Oscara

2026-03-16 06:58

[ TEMATY ]

Oscary

PAP/EPA/JILL CONNELLY

Maciek Szczerbowski (L) i Chris Lavis

Maciek Szczerbowski (L) i Chris Lavis

„The Girl Who Cried Pearls” Maćka Szczerbowskiego i Chrisa Lavisa została doceniona w nocy z niedzieli na poniedziałek Oscarem dla najlepszej krótkometrażowej animacji.

Maciek Szczerbowski i Chris Lavis od 1997 r. tworzą wspólnie grupę artystyczną Clyde Henry Productions. Ich pierwszy profesjonalny film „Madame Tutli-Putli”, zrealizowany w 2007 r., otrzymał dwie nagrody w Cannes oraz nominację do Oscara. Dostrzeżony w tym roku przez Akademików obraz „The Girl Who Cried Pearls” opowiada historię biednego chłopca zakochanego w dziewczynce, której smutek przemienia się w perły. Sprzedaje je pracownikowi lombardu, który zawsze pragnie więcej.
CZYTAJ DALEJ

Zmarł ks. prof. Tadeusz Reroń

2026-03-14 14:25

Adobe Stock

Kapłan ten zmarł 13 marca 2026 r. w wieku 75 lat życia i 50 lat kapłaństwa.

Ksiądz Tadeusz Stanisław Reroń urodził się 8 maja 1950 roku we Wrocławiu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1975 roku z rąk bpa Wincentego Urbana i został skierowany jako wikariusz do parafii śś. Apostołów Piotra i Pawła w Strzegomiu [1975-1984], a następnie jako wikariusz do katedry pw. św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu [1984- 1985]. W 1985 roku został skierowany na studia specjalistyczne na KUL w zakresie teologii moralnej. Po powrocie ze studiów, w 1989 roku został mianowany duszpasterzem akademickim w Centralnym Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego (CODA) „Czwórka” we Wrocławiu [1989 -1994]. Z kolei od 1995 roku był duszpasterzem akademickim w CODA „Maciejówka” we Wrocławiu. Pełnił tę posługę do 2000 roku. W kolejnych latach prowadził szeroką działalność duszpastersko - naukową, angażując się także w organizację wydarzeń kościelnych, komisje archidiecezjalne oraz pracę z ludźmi nauki i środowiskiem akademickim. Równolegle rozwijał karierę naukową w Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu jako teolog moralista i specjalista w dziedzinie bioetyki, pełniąc funkcje dydaktyczne, kierownicze i naukowe oraz uzyskując habilitację. Jest autorem licznych publikacji naukowych, uczestnikiem międzynarodowych środowisk teologicznych oraz aktywnym członkiem wielu krajowych i zagranicznych stowarzyszeń naukowych.
CZYTAJ DALEJ

Pielgrzymi przejdą 1700 km śladami św. Stanisława Kostki

W związku z 300. rocznicą kanonizacji św. Stanisława Kostki diecezja płocka, z której pochodził, organizuje pieszą pielgrzymkę jego śladami, przez około 1700 km, z Wiednia do Rzymu. Potrwa ona od lipca do września. Patnicy pójdą w intencji nowych powołań do stanu duchownego - powiedział PAP biskup Szymon Stułkowski.

Św. Stanisław Kostka urodził się w Rostkowie niedaleko Przasnysza w diecezji płockiej 28 grudnia 1550 r. W 1564 r. rodzice wysłali go na naukę do Wiednia. Tam podjął decyzję, aby wstąpić do zakonu jezuitów. Nowicjat rozpoczął w Rzymie w 1567 r. Zmarł tam po chorobie 15 sierpnia 1568 r. W 1726 r. został kanonizowany.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję