Reklama

Książki

Era cyberwojen

Niedziela Ogólnopolska 4/2018, str. 38-39

[ TEMATY ]

książka

Grzegorz Boguszewski

Piotr Łuczuk, „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?”. Biały Kruk, Kraków 2017

Piotr Łuczuk, „Cyberwojna. Wojna bez
amunicji?”. Biały Kruk, Kraków 2017

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Gdy wraz z upadkiem muru berlińskiego i załamaniem się państwa sowieckiego obwieszczono koniec epoki tzw. zimnej wojny – czyli trwającego niemal od zakończenia II wojny światowej wyścigu zbrojeń i wzajemnego militarnego szantażu między Zachodem a blokiem państw podporządkowanych Rosji sowieckiej – wydawało się, że nadchodzi wreszcie czas bezustannego pokoju na świecie. Ideologowie pacyfizmu fetowali zwycięstwo hasła „Make love, not war”, niemal uwierzono, że teraz na ziemi zapanuje już wyłącznie miłość i żadnej wojny już nigdy nie będzie. Tymczasem wkrótce pojawiła się cyberwojna. Optymiści twierdzą, że to lepszy rodzaj wojny, bo mniej w niej ofiar. Czy rzeczywiście tak jest i tak będzie? Specjaliści zgłaszają coraz więcej wątpliwości.

Szalone lata 90. w sieci

W 1989 r. japoński ekonomista i filozof polityczny Francis Fukuyama ogłosił „koniec historii”, co miało znaczyć, że wraz z upadkiem komunizmu we wszystkich krajach, globalnie – zaczynała się era globalizacji – zatriumfują liberalna demokracja, wolny rynek, a zatem ostatecznie zapanuje „najdoskonalszy system polityczny”, a z nim, oczywiście, pokój na całym świecie. I w spełnienie tego marzenia wierzyły naprawdę nie tylko kandydatki na miss świata lat 90. ubiegłego stulecia...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

W latach 90. ludzkość miała jeszcze jeden powód do – jak się wkrótce miało okazać – jednak nie całkiem realnego optymizmu. Właśnie rozpoczynała się tzw. rewolucja sieciowa; sieć informatyczna oplatała coraz więcej dziedzin życia, by ostatecznie dotrzeć do sfery prywatnej niemal każdego mieszkańca globu. Szybko rozwijający się Internet od początku był znakomitym narzędziem globalizacji w każdym jej aspekcie – złym i dobrym – i na każdym poziomie życia społecznego. Prywatni użytkownicy Internetu – których liczba narasta lawinowo – zachwycili się tą nową możliwością międzyludzkiej komunikacji, zaczęli się od niej uzależniać. Internet szybko stał się warunkiem funkcjonowania – o ile nie istnienia – całego współczesnego świata.

W tym beztroskim, zadowolonym z siebie świecie dość szybko – lecz do dziś chyba niedostatecznie – zaczęto sobie zdawać sprawę z nadciągających właśnie nowych zagrożeń; to, co dotychczas było tylko opowieścią z gatunku science fiction lub political fiction, stało się całkowicie realne.

Takie książki jak np. „Blackout” Marca Elsberga podają najzupełniej prawdopodobne scenariusze przyszłości, zwłaszcza że pewne ich fragmenty już się ziściły (wyłączenia prądu na wielkich obszarach, np. w Brazylii, za sprawą cyberprzestępców).

Wojna informacyjna, trolle, manipulacja

Niepokój i destabilizacja współczesnego świata zaczynają się od szumu informacyjnego, którego znakomitym, niedościgłym generatorem stał się Internet, a który sprawia, że czując się znakomicie poinformowani, w istocie przestajemy odróżniać prawdę od kłamstwa. Rozwijające się bujnie od początku XXI wieku media społecznościowe sprawiają, że praktycznie każdy użytkownik komputera może – świadomie lub nie – uczestniczyć w powielaniu nieprawdziwych i szkodliwych informacji, może być ogniwem prowadzonej przez kogoś innego celowej dezinformacji. Dosłownie każdy tzw. pożyteczny idiota przy komputerze może być narzędziem gry wojennej służb specjalnych wrogiego państwa, może naiwnie lub bezwiednie wspomagać rozmaitych cyberprzestępców.

Reklama

Niestety, niezbyt wiele jest – zarówno w samym Internecie, jak i na papierze – takich edukacyjno-ostrzegawczych publikacji, jak książka Piotra Łuczuka pt. „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?” (Biały Kruk, Kraków 2017). Książka ta znakomicie porządkuje całą skomplikowaną problematykę naprawdę poważnych zagrożeń, które pojawiają się wraz z rozwojem skądinąd dobroczynnej informatyzacji. Autor przytacza wiele zdarzeń i faktów i przekonuje, że dzisiejsze wirtualne pole bitwy przynosi realne konsekwencje. Hakerzy – „żołnierze oprogramowania” pracujący dla poszczególnych państw odgrywają rolę klasycznych asów wywiadu, tyle że najtajniejsze informacje zdobywają, nie wychodząc z domu. Dawna zimna wojna po prostu przeniosła się do cyberprzestrzeni. Na uczelniach wojskowych szkoli się specjalistów w zakresie wojen informacyjnych, ale ten nowy rodzaj wojny wcale nie jest wyłącznie domeną wojskowych. Przeciwnie, wszystko zaczyna się jak dawniej, od dobrze znanej, ale teraz dzięki Internetowi znakomicie udoskonalonej, wojny propagandowej. Można powiedzieć, że jest to cicha, permanentna wojna propagandowo-podjazdowa, w której uczestniczą wszyscy konsumenci chaotycznej wiedzy internetowej. Bez patetycznych haseł nawołujących do zmiany postaw społecznych bardzo skutecznie osiąga ona swe cele, zupełnie nie wywołując tzw. efektu bumerangowego (czyli skutku przeciwnego do intencji nadawcy).

Do prowadzenia tego rodzaju podstępnego atakowania innych krajów w Rosji powstały specjalne „fabryki trolli”. Oficjalnie jest to m.in. petersburska Agencja Badań Internetowych, zatrudniająca kilkuset blogerów, których zadaniami są wychwalanie Rosji i Putina oraz prowadzenie tzw. czarnego PR wobec wrogów Rosji. Same tylko trolle z Petersburga w ciągu doby umieszczają kilkadziesiąt tysięcy stosownych wpisów w mediach społecznościowych (w tym celu pod fikcyjną tożsamością zakładają konta np. na Facebooku, Twitterze) oraz na rosyjskich i zagranicznych portalach informacyjnych. Te paskudne i złośliwe stworzenia internetowe rozsiewają kłamstwa, produkują tzw. fake news, potęgują szum informacyjny. Zgodnie z wytycznymi i aktualną polityką swych mocodawców przeprowadzają zakrojone na wielką skalę operacje – cyberaataki na konkretne cele. Internetowe kampanie propagandowe często łączą się ze sterowanymi przez państwo – lub przez organizacje terrorystyczne – atakami cyberterrorystycznymi, co wymaga zaangażowania genialnych hakerów.

Cyberataki, cyberterroryzm, cyberarmie

Reklama

Rosyjskie służby wywiadowcze już we wczesnych latach 90. podejmowały przeważnie dość udane próby infiltrowania komputerów wpływowych polityków, m.in. polskich, niestety, wtedy jeszcze bagatelizowano to naprawdę groźne zjawisko. W 2014 r., jak podaje raport Rządowego Zespołu Reagowania na Incydenty Komputerowe w Polsce, mieliśmy do czynienia z groźnymi atakami na serwery Krajowego Biura Wyborczego, na Giełdę Papierów Wartościowych oraz na serwery rządowe. Tego rodzaju ataki cyberterrorystyczne są łatwe do przeprowadzenia, bo polegają na wytworzeniu sztucznego obciążenia docelowej sieci, do czego atakujący wykorzystują przejęte uprzednio (przez zainfekowanie złośliwym oprogramowaniem) komputery osobiste i urządzenia mobilne rozsiane po całym świecie. Podobnych „incydentów” za sprawą Federacji Rosyjskiej w ostatnich latach odnotowano wiele. Najbardziej głośnym była „pierwsza cyberwojna w Estonii” w 2007 r., kiedy to w prosty sposób doprowadzono do paraliżu niemal wszystkich instytucji tego państwa. W zbrojnym konflikcie z Gruzją i na Ukrainie oprócz klasycznych metod militarnych posłużono się również elementami cyberwojny (stąd pojęcie wojny hybrydowej).

Faktu, że niewidzialna gołym okiem globalna zimna cyberwojna staje się coraz bardziej gorąca, nie da się już dziś zignorować. Na wirtualnym polu bitwy coraz popularniejsze są zaawansowane cybertechnologie, służące dziś przede wszystkim do wykradania danych. Już od 1998 r. rosyjscy hakerzy dość skutecznie atakowali amerykańskie serwery rządowe i prywatne, a w 2008 r. za pomocą pendrive’a wprowadzili groźnego wirusa do sieci Pentagonu i przejęli interesujące ich informacje... Robak Slammer (rok 2003) sparaliżował część Internetu w Korei Południowej i Japonii, całkowicie zakłócił usługi telefoniczne w Finlandii, doprowadził do przeciążenia sieci bankomatowych i kart kredytowych w USA... „Istnym arcydziełem” – tak go określają specjaliści – okazał się wykryty w 2010 r. komputerowy robak Stuxnet, będący dziełem hakerów najprawdopodobniej izraelskich. Zainfekowano nim tysiące komputerów obsługujących program nuklearny Iranu, co spowodowało poważne trudności z jego realizacją. Stuxnet może paraliżować strategiczne sektory zaatakowanych państw, może uziemić systemy obronne, zablokować połączenia telekomunikacyjne, odciąć wodę i dostawy energii...

Reklama

W niedawnej jeszcze przeszłości – przed pojawieniem się wirusa Stuxnet – mieliśmy do czynienia co najwyżej z cyberprzestępcami, obecnie trzeba już mówić o cyberterroryzmie, cyberwojnach, cyberzbrojeniach. Światową potęgą w cyberuzbrojeniu są oczywiście Stany Zjednoczone i jak się zdaje, całkiem niewiele ustępuje im pola Federacja Rosyjska, a z roku na rok wzrasta również cyberpotencjał chiński. Chiny bez najmniejszych skrupułów sięgają dziś do arsenału cyberwojny; ich „Tytanowy deszcz” w 2003 r. poważnie zagroził amerykańskim serwerom rządowym oraz informatycznemu sercu świata – Dolinie Krzemowej, zaś w 2009 r. chińska grupa cyberszpiegów „GhostNet” przejęła dane z komputerów setek amerykańskich polityków oraz zarządców strategicznych korporacji. Te i podobne działania to nic innego jak znamiona otwartej, choć przynajmniej na razie bezkrwawej, wojny.

Z nieograniczonych możliwości światowej sieci informatycznej korzystają, oczywiście, terroryści. O ile jednak rządy państw nie przyznają się do organizowania lub planowania cyberataków na inne państwa, to islamscy cyberterroryści wręcz zabiegają o rozgłos i właśnie przez Internet sieją strach w zachodnich społeczeństwach.

Cyberwojna jako mniejsze zło

Czy wojna bez amunicji jest mniejszym złem? Czy można ją uznać za wojnę sprawiedliwą, a raczej sprawiedliwszą od innych? Jak przystało na teologa, autor książki „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?”, dr Piotr Łuczuk rozważa aspekty moralne tego – tylko z pozoru wyłącznie wirtualnego – problemu nowoczesnego świata. W wielu uczonych dyskusjach podaje się dość kiepsko uzasadniony argument, że cyberwojny są najlepszą ochroną przed tradycyjnymi konfliktami zbrojnymi, że są bardziej humanitarnym rozwiązaniem międzynarodowych zatargów, bo uderzają tylko w struktury teleinformatyczne, że zawczasu rozbrajają nagromadzone emocje polityczne, że łatwiej ustalić reguły prowadzenia tego rodzaju wojen itp. Jednak bywa i tak – co pokazują choćby działania Rosji na Ukrainie – że cyberwojna, zamiast mu zapobiegać, prowadzi wprost do konfliktu zbrojnego, w którym jak najbardziej realnie leje się krew... Trzeba też brać pod uwagę nie tylko doraźne, lecz także długofalowe konsekwencje wojen w sieci, np. chaos i eskalację agresji w społeczeństwie zaatakowanego państwa, co przecież całkiem realnie może zagrażać życiu ludzi.

– Choć wokół wojsk cybernetycznych rzuconych w wir walki nie świszczą kule, to długofalowe skutki ich działań mogą się okazać zatrważające – kwituje rzecz dr Łuczuk. – Nie ma zatem cienia przesady w stwierdzeniu, że cyberwojna to jedno z najpoważniejszych zagrożeń XXI wieku.

2018-01-24 12:43

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Uzdrowiona w Kostaryce - prezentacja książki o cudzie kanonizacyjnym Jana Pawła II

Cud jest dotknięciem innej rzeczywistości, ale nie po to, by działy się fajerwerki, tylko by budzić nadzieję i zmieniać życie na lepsze. Tak stało się w przypadku Floribeth Mory Diaz – mówiła Elżbieta Ruman, autorka książki „Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II”. Prezentacja książki odbyła się w środę 2 kwietnia w Domu Arcybiskupów Warszawskich.

Autorka opisuje, jak docierała do informacji o cudzie (komórka postulatora procesu, ks. Sławomira Odera, milczała), jak kontaktowała się z przyjaciółmi z Ameryki Łacińskiej. Wraz z operatorem TVP przybyli do Kostaryki, by wysłuchać opowieści Floribeth Mory Diaz. Matka i babka licznej rodziny zachorowała w kwietniu 2011 na tętniaka mózgu, została też częściowo sparaliżowana. Lekarze zdiagnozowali wyjątkowo rzadkiego tętniaka, a lekarze nie dawali żadnej nadziei - polecili mężowi zabrać żonę do domu, gdzie miała czekać na śmierć. Bohaterzy wydarzeń konkretnie i bez egzaltacji opowiadają polskiej dziennikarce o chwili, gdy w ich życie wkroczył cud. Floribeth wróciła do domu w Wielką Sobotę 2011 r. i od tego dnia rodzina codziennie odmawiała różaniec przed dużym zdjęciem Jana Pawła II prosząc o jej uzdrowienie. Kobieta obejrzała też telewizyjną transmisję beatyfikacji papieża Wojtyły i nagle poczuła się na tyle lepiej, że o własnych siłach mogła wstać z łóżka. Ostatecznie po siedmiu miesiącach wróciła do zdrowia i umieściła swoje świadectwo na internetowych stronach, na której wpisywali się ludzie z całego świata. „Cud dodaje nadziei, świadczy o tym, że nigdy nie można jej tracić. W dzisiejszym świecie, który często budzi lęk, ludzie tracąc nadzieję, gubią swoją duchowość” – mówiła podczas prezentacji Elżbieta Ruman. Jak dodawała, cud jest „dotknięciem innej rzeczywistości, ale nie po to, by działy się fajerwerki, tylko by budzić nadzieję i zmieniać życie na lepsze”. Tak było w przypadku Floribeth – zupełnie przez nią nieoczekiwany znak, jakim było uzdrowienie, zmienił życie całej jej rodziny. Mimo, iż uznała, że wszystko będzie tak jak dawniej, obecnie nie ustaje w wysiłkach, by dawać świadectwo tego, co się stało. Odwiedza nawet najmniejsze wioski i opowiada o cudzie. W jej aktywność angażują się także mąż i dwaj dorośli synowie. Zdaniem Elżbiety Ruman, cud uzdrowienia wniósł w życie Floribeth przede wszystkim spokój, którego wcześniej nie zaznawała. Autorka uświadomiła to sobie od pierwszych chwil spotkania z Kostarykanką. - Chce się przy niej być, ten wewnętrzny spokój w niej jest. Cud to było uzdrowienie jej duszy, a dopiero później – ciała – wyjaśniła. Dziennikarka opisała też kolejne etapy żmudnego badania cudu, przeprowadzonego w listopadzie i grudniu 2012 r. Papież Franciszek podpisał dekret potwierdzający cud za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II 5 lipca 2013 r., po czym kuria w stolicy kraju San José mogła poinformować o szczegółach opinię publiczną na konferencji prasowej. „Cuda się zdarzają, i myślę, że mało jest takich ludzi, którzy by całkiem w to nie wierzyli. Nie zdarzają się natomiast w takich sposób, w jaki ludzie tego by chcieli” – mówił podczas prezentacji kard. Kazimierz Nycz. Metropolita warszawski przypomniał, że beatyfikacja kandydata na ołtarze pozwala na czcić go potem w Kościele lokalnym, kanonizacja natomiast poszerza kult na Kościół powszechny, czego wyrazem jest m.in. umieszczenie wspomnienia świętego w kalendarzu liturgicznym. – Przy Janie Pawle II ta reguła się nie sprawdza, dlatego że jest tak znany, że poza formalną zmianą prawno-liturgiczną po kanonizacji będzie czczony w Kościele tak samo, jak jest czczony jako beatyfikowany – zauważył hierarcha. „Ufajmy, że kanonizacja przyczyni się do tego, że świat jeszcze lepiej pozna pontyfikat i nauczanie papieża, a przede wszystkim – że my wszyscy zabierzemy się do naśladowania Jana Pawła II w jego drodze do świętości” – dodał kard. Nycz. Przypomniał, że stwierdzony cud w procesie beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym ma świadczyć o rzeczywistym kulcie kandydata na błogosławionego czy świętego. Przestrzegł jednak, by nie skupiać się wyłącznie na osobie osoby uzdrowionej za wstawiennictwem przyszłego świętego, a tak się często dzieje w przekazach medialnych. – Dziś panuje swoista moda na wydobywanie z cienia tego, kto został uzdrowiony. Świadectwo chrześcijańskie uzdrowionego świadczy jednak nie o tym, kto je daje, ale o cichym, nieustannym działaniu Boga w sercu człowieka. Być przedmiotem cudu w przypadku uzdrowienia za sprawą Jana Pawła II, czy kogokolwiek innego – to nie jest beatyfikacja tego człowieka. Mówmy przede wszystkim o Panu Bogu – podkreślił. Książka ma także dodatkowy walor - autorka opowiada o swojej egzotycznej podróży, zapoznaje czytelników z historią Kostaryki, opisuje pejzaże i miejscową kuchnię. Opisuje też losy swoich bohaterów, których łączy jedno - wielka cześć do Jana Pawła II i wspomnienia o jego jedynej pielgrzymce w tym kraju w 1983 r. To właśnie dlatego cud za jego wstawiennictwem wydarzył się właśnie tutaj, żeby to jakoś mieszkańcom Kostaryki wynagrodzić - tłumaczył Elżbiecie Ruman jeden z księży. Zdaniem recenzentki, red. Barbary Sułek-Kowalskiej (z tygodnika „Idziemy”) książka Elżbiety Ruman to reportaż niezwykły ze względu na wieloraką rolę, jaką spełnia: jest bowiem właśnie zarówno dokumentem podróżniczym, jak i reportażem „w 100 procentach ewangelizacyjnym” oraz w pewnym stopniu - śledczym. – Autorka nie tylko poszukuje początków cudu na Kostaryce, ale też buszuje w Watykanie, spotykając się m.in. z postulatorem ks. Sławomirem Oderem. Do każdej sytuacji podchodzi z niezawodnym instynktem reporterskim, ale przede wszystkim z wielką wiarą – podkreśliła Sułek-Kowalska. Podczas spotkania werbista o. Andrzej Danilewicz poinformował też o planach pobytu Floribeth Mory Diaz w Polsce. Wizyta bohaterki książki potrwa półtora miesiąca, a będzie możliwa m.in. dzięki zawiązaniu z nią kontaktu poprzez polskich werbistów, którzy pracują w Kostaryce. Floribeth weźmie udział m.in. w czuwaniu dla rodzin polskich misjonarzy na Jasnej Górze w nocy z 10 na 11 maja. Odwiedzi także wiele miejsc związanych z osobą Jana Pawła II, będzie gościem parafii zarówno w dużych miastach, jak i mniejszych miejscowościach. Floribeth Mora Diaz przyjedzie do Polski z mężem i dwoma synami. – Przyjazd do Polski, kraju jej ukochanego papieża, było jej marzeniem. Razem będą przede wszystkim dawać świadectwo o tym, co się wydarzyło oraz ich wiary, która dzięki cudowi jeszcze bardziej w rodzinie się pogłębiła – dodał o. Danilewicz. Elżbieta Ruman, „Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II”, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2014.
CZYTAJ DALEJ

Nowenna do św. Szarbela

[ TEMATY ]

św. Charbel

św. Charbel Makhlouf

Szarbel Makhlouf

św. Szarbel

Mat.prasowy

Nowennę można rozpocząć w dowolnym czasie. Uroczyście jest odprawiana w klasztorze w Annai jako przygotowanie do trzeciej niedzieli lipca, głównej uroczystości poświęconej świętemu Szarbelowi, na pamiątkę jego święceń kapłańskich 23 lipca 1859 roku.

Przedstawiajmy swe intencje miłosiernemu Bogu za wstawiennictwem świętego Szarbela. Odprawiających ją zachęca się do codziennej Komunii Świętej.
CZYTAJ DALEJ

Słowacja: 21-letni Polak zginął w Tatrach Wysokich

2026-07-26 08:17

[ TEMATY ]

Tatry

Słowacja

Adobe Stock

21-letni Polak zginął w sobotę w Tatrach Wysokich na Słowacji - poinformowało słowackie Górskie Pogotowie Ratunkowe (HZS) na stronie internetowej. Wyjaśniono, że przyczyną zgonu był upadek z wysokości 150 metrów.

HZS przekazało, że dwaj polscy taternicy planowali wejść na szczyt Wysokiej, ale ponieważ w górach było ślisko, zmienili plany i zawrócili przy charakterystycznym fragmencie grani - Kogutku. Jeden z Polaków poślizgnął się i runął z wysokości 150 m.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję