Tworzenie numeru „Niedzieli" tuż po katastrofie prezydenckiego samolotu lecącego do Smoleńska mocno utkwiło mi w pamięci. Kiedy w sobotni poranek 10 kwietnia 2010 roku w mediach podano informację o tej narodowej tragedii, niemal odruchowo udałam się do redakcji „Niedzieli w Warszawie", którą wtedy kierowałam. Ku mojemu zaskoczeniu - to samo uczynili „moi" dziennikarze, mimo że nie zdążyłam jeszcze ich do tego zobligować.
Reklama
Wkrótce potem zadzwoniła do mnie Pani Lidia Dudkiewicz (wtedy sekretarz redakcji, później redaktor naczelna) z pytaniem, czy mogę pomóc przygotować na cito ze 2–3 teksty do „Niedzieli ogólnopolskiej". Wydawało się, że w stolicy łatwiej będzie o uzyskanie bieżących informacji, o znalezienie ludzi, którzy znali tych, co zginęli, o rozmówców do wywiadów. Zadeklarowałam wtedy, że nie tylko pomogę, ale że przygotujemy cały nowy numer „Niedzieli". Nieśmiało wypowiadane zdania Pani Lidii pamiętam do dziś: „…ale jak to cały…?, masz tylko kilka osób w zespole…, to trzeba by zrobić w ciągu jednej doby…, trzeba by wycofać z drukarni numer, który już poszedł do druku, a to jest ryzyko…, porozmawiam z szefem". Po kilku minutach otrzymałam telefon od księdza Skubisia, który stanowczym głosem powiedział: „Niech pani przygotowuje teksty, proszę angażować nie tylko »swoich« dziennikarzy z edycji, ale także innych, których pani zna. Wycofuję z drukarni stary numer »Niedzieli« i jutro czekam na nowy, aktualny. Nie możemy zawieść naszych czytelników".
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wtedy nie czułam jeszcze ciężaru odpowiedzialności, który nałożył na mnie redaktor naczelny. Błyskawicznie zwołałam w redakcji kolegium - wraz z Arturem Stelmasiakiem i Piotrem Chmielińskim ustaliliśmy tematy artykułów, temat okładkowy, zrobiliśmy listę rozmówców i zaczęliśmy zbierać materiały do tekstów. Faktycznie wsparcie znalazłam także w dziennikarzach z zewnątrz - pamiętam, że na przykład Alicja Dołowska napisała piękny, wzruszający tekst o parze prezydenckiej Lechu i Marii Kaczyńskich, który odbił się później szerokim echem w przestrzeni publicznej. Pracowaliśmy całą dobę. Nowy numer następnego dnia, w niedzielę, poszedł do drukarni. A my, jeszcze w szoku, nie czuliśmy chyba nawet zmęczenia. Mieliśmy poczucie wypełnienia misji dziennikarskiej.
Reklama
Jeszcze mocniej przeżyłam pisanie tekstów o odchodzącym Janie Pawle II, a potem o śmierci Papieża. Pamiętam, gdy udałam się do kardynała - wtedy biskupa - Stanisława Dziwisza, by przeprowadzić z nim wywiad o ostatnich chwilach Ojca Świętego… To była niezwykle przejmująca rozmowa; czytelnicy dziękowali mi później za ten wywiad, który ukazał się na łamach „Niedzieli" ogólnopolskiej. Podobnie było z ostatnim wywiadem z prymasem Józefem Glempem, który przeprowadziłam z nim tuż przed jego śmiercią - wyznał wtedy, że najtrudniejsza w całej posłudze prymasowskiej była śmierć księdza Popiełuszki; ksiądz prymas mówił o wyrzutach sumienia, że nie zdołał ocalić księdzu Jerzemu życia. Dobrze pamiętam też wywiady z Marianną Popiełuszko, matką błogosławionego męczennika.
Były też i takie sytuacje, że ktoś stawiał warunek, że zgodzi się udzielić wywiadu „Niedzieli", ale pod warunkiem, że przeprowadzę go… ja! Tak było chociażby w przypadku biskupa Kazimierza Romaniuka. Pamiętam też, że przeprowadzałam pierwszy wywiad dla „Niedzieli" z kardynałem Kazimierzem Nyczem. Wiele nowych tematów „Niedziela" miała też jako pierwsza - gdy rozmówcy obiecywali mi, że dopiero po opublikowaniu tekstu przeze mnie „dadzą" informacje innym mediom. Tak było chociażby w przypadku ogłoszenia - pierwszej po XXI wiekach - przełomowej teorii wybitnego patrologa księdza profesora Józefa Naumowicza na temat ustalenia daty narodzin Chrystusa.
„Moi” dziennikarze pozostali w „Niedzieli” do dziś
Reklama
A wszystko zaczęło się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych - od mojej pracy w edycji warszawsko-praskiej tygodnika oraz, na osobiste zaproszenie ówczesnego redaktora naczelnego księdza Ireneusza Skubisia, w „Niedzieli" ogólnopolskiej. Poźniej, w roku 2005 ks. Skubiś powierzył mi tworzenie nowej edycji pisma - „Niedzieli w Warszawie”. To wtedy udało mi się przekonać szefa do zatrudnienia, bądź zaproszenia do współpracy, nowych dziennikarzy. Zarekomendowałam wtedy między innymi: Wojciecha Dudkiewicza, Grzegorza Polaka, Grzegorza Górnego, Krzysztofa Ziemca, Andrzeja Tarwida, Artura Stelmasiaka, Jana Żaryna, ks. profesora Waldemara Chrostowskiego, Mateusza Wyrwicha, Witolda Gadowskiego, śp. Alicję Dołowską... Także fotoreporterów: śp. Ryszarda Rzepeckiego - autora niezapomnianego zdjęcia z inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II, gdy Papież ukląkł przed Prymasem Wyszyńskim!; Wojciecha Łączyńskiego, Remigiusza Malinowskiego, śp. Dominika Różańskiego.
Właśnie dlatego, że całym sercem i całą duszą angażowałam się w tworzenie pisma, tak wiele radości i satysfakcji dawało mi przekonanie szefostwa „Niedzieli" - nie powiem, że okupione trudem, miesiącami rozmów, przedstawianiem różnych, nie da się ukryć, kosztownych propozycji - do znaczącej zmiany i unowocześnienia makiety pisma. Zrozumienie znajdowałam u obecnego dyrektora, wtedy szefa działu marketingu, Mariusza Książka, który jako znakomity znawca rynku mediów – skutecznie angażował się w rozwój pisma.
Wiele życia zostawiłam w „Niedzieli", a dzięki temu, że kochałam to, co robię, nie czułam, że pracuję. Nie byłam zmęczona - mimo że praca wymagała intensywności i zaangażowania nawet w czasie wolnym, w święta czy w czasie urlopu - takie bowiem jest dziennikarstwo, uzależnione od bieżących wydarzeń.
„Niedzieli" zawdzięczam też pielgrzymkę dziennikarzy do Watykanu w Roku Jubileuszowym 2000 i spotkanie z papieżem Janem Pawłem II. A także drugą pielgrzymkę dziennikarską - już za czasów Benedykta XVI (pamiętam, że w pokoju nocowałam razem z Margitą Kotas, której poczucie humoru już wtedy podziwiałam!). Pamiętam jakże ciekawe rozmowy z Kasią Woynarowską o jej pasji do pisania reportaży i znajdowania ciekawych tematów. Wiele wspomnień…
Czego nauczyła mnie „Niedziela"
Reklama
Przez te lata napisałam na łamach tygodnika kilka tysięcy artykułów, w tym reportaży, wywiadów, sylwetek, felietonów. Wiele z nich wracało potem w książkach, wiele stało się początkiem znajomości czy przyjaźni, które trwają do dziś. To „Niedziela" nauczyła mnie, że dziennikarstwo katolickie nie musi być ckliwe ani grzecznościowe - może być rzetelne, odważne i głębokie. Że można pisać o wierze językiem współczesnego człowieka, nie tracąc przy tym ani powagi tematu, ani szacunku dla Czytelnika.
„Niedzieli" zawdzięczam zatem spotkania nie tylko z ludźmi Kościoła - chociaż ich było najwięcej - ale też z wieloma osobami życia publicznego, także z Czytelnikami. Zawdzięczam jej także poczucie, że praca dziennikarza może być misją - nie w patetycznym, lecz w najbardziej codziennym znaczeniu tego słowa.
Dwadzieścia pięć lat - na sto! - to dużo czy mało? W perspektywie historycznej jest to z pewnością tylko maleńka cząstka. Dla mnie jednak to okres długi, bo to znaczna część mojego życia, jak podkreślałam już wyżej. Realizowania mojej pasji dziennikarskiej na łamach pisma, które naprawdę nie pozwalało „prawdom kazać, by za drzwiami stały" - by użyć słów Norwida. I nie pozwala na to dziś.
Dziękuję, że mogłam – i nadal mogę - być cząstką tego wielkiego dzieła.
I jeszcze jedno dodam na koniec: gdy Jan Paweł II opuszczał Polskę w 2002 roku, mówił: „Polsko, moja kochana Ojczyzno, Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, umiej być wdzięczna!". Trawestując papieskie słowa, piszę dzisiaj: „Niedzielo, moja kochana, Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, umiej być wdzięczna!". Ale też Wy, Drodzy Państwo, Czytelnicy, umiejcie być wdzięczni za ten stuletni tygodnik, zwłaszcza w dobie cyfryzacji wersja drukowana ma tym większą wartość. Nie mówiąc już o portalu niedziela.pl, który - dzięki ogromnej pracy i zaangażowaniu całym sercem Moniki Książek - na nowo otworzył „Niedzielę" na współczesnego czytelnika.

