A taki co kilka tygodni próbuje wzbudzać premier Donald Tusk. W oparciu o niedopowiedzenia. Ostatnio były szef rządu stanął i powiedział „sprawdzam”. Mateusz Morawiecki wezwał Tuska do zwołania szefów klubów parlamentarnych i poinformowania ich o rzeczywistych zagrożeniach z raportu CIA oraz o tym, czy polska infrastruktura krytyczna jest chroniona. I bardzo dobrze, że tak zrobił, bo inflacja strachu działa dokładnie tak samo jak inflacja pieniądza: na początku robi wrażenie, potem ludzie przyzwyczajają się do coraz większych liczb, a na końcu przestają reagować nawet wtedy, gdy zagrożenie jest prawdziwe. Polacy uodpornią się na ostrzeżenia. I to będzie niebezpieczne.
Nie dlatego, że Tusk kłamie za każdym razem (do tego też się obywatele przyzwyczajają, ale to temat na osobny felieton), tylko dlatego, że gdy człowiek słyszy co kilka tygodni ogólnikowe „trzeba być przygotowanym na różne scenariusze”, „wschodnia flanka”, „sabotaż wewnętrzny” i „raport od szefa CIA”, bez konkretów, bez zrozumiałej przyczyny, bez odpowiedzialności – zaczyna traktować to jak kolejny odcinek serialu. Wilk może przyjść naprawdę. A wtedy wieś już nie przybiegnie. To są właśnie te niebezpieczne skutki inflacji strachu.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Trochę powagi
Reklama
Zagrożenia się zwalcza, a nie o nich gada, między jednym tiktokiem, a drugim filmikiem na instastory. To oczywista różnica między rządem a komentatorem i influencerem. Rząd ma służby, kontrwywiad, armię, Straż Graniczną i pieniądze podatników. Jeśli dostał „dość precyzyjny raport”, to jego zadaniem jest podnieść gotowość, zabezpieczyć infrastrukturę krytyczną i – jeśli trzeba – po cichu działać. Publiczne straszenie bez podania skali, bez poinformowania parlamentu i bez pokazania, że cokolwiek konkretnego się zmieniło, to nie przywództwo. To zarządzanie nastrojami.
Tym bardziej dziwi selektywność. Z Pegasusa, który służył do walki z terroryzmem i agenturą, zrezygnowali, bo został użyty wobec kilku ich polityków w sprawach kryminalnych. Narzędzie, które mogło namierzać prawdziwe zagrożenia, stało się niewygodne, gdy dotknęło „swoich”, a przecież powinni być nietykalni. Teraz ten sam obóz polityczny z pełną powagą opowiada o raportach CIA i prowokacjach na granicy? Albo traktujemy bezpieczeństwo państwa serio zawsze, albo tylko wtedy, gdy pasuje do akcji wizerunkowej i aktualnej „narracji”. Trzeciej drogi nie ma.
Mateusz Morawiecki ma rację. Inne kluby, politycy reprezentujący wyborców, którzy Tuskowi nie ufają, też mają prawo wiedzieć, co się dzieje. Tak powinien zachować się poważny premier. Chyba że to ściema, a wtedy wszystko się zgadza: niedopowiedzenia, brak informacji w Sejmie (o konferencji prasowej dla mediów nie wspominając), brak informacji o podwyższonej gotowości służb i jednoczesne budowanie atmosfery, w której tylko on „wie, co nadchodzi”. A my mamy się po prostu bać i pod jego płaszcz skryć.
Poważne państwo nie działa w ten sposób. Albo zagrożenie jest na tyle realne, że informuje się o nim przedstawicieli narodu, albo jest na tyle niejasne, że nie powinno się nim straszyć ludzi w telewizji, mediach społecznościowych, czy na łamach gazet. Inflacja strachu ma jedną wadę: kiedyś kończy się zaufanie. I nie, nie chodzi o tego konkretnego polityka, tylko o zaufanie do państwa polskiego. Kto na tym korzysta? To chyba oczywiste.
