Reklama

Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

Lodowy twardziel

Niedziela zamojsko-lubaczowska 28/2014, str. 6-7

[ TEMATY ]

rozmowa

Łukasz Kot

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Leszek Cichy należy do grona polskich alpinistów nazywanych „Lodowymi wojownikami”. Wspina się od 1969 r. Na swoim koncie ma wiele zdobytych szczytów takich jak Shispare (7619 m) czy Gaszerbrum II (8035). 17 lutego 1980 r. uczestniczył w pierwszym wejściu zimowym na Mount Everest (8848) wspólnie z Krzysztofem Wielickim, i jest to światowy rekord wysokości w alpinizmie zimowym. Jako pierwszy skompletował Koronę Ziemi: Mount Blanc 1973 (Europa), Mount Everest 1980 (Azja), Elbrus 1984 (Europa), Aconcagua 1984 (Ameryka Południowa), Mount McKinley 1989 (Ameryka Północna), Vinson 1998 (Antarktyda), Kilimandżaro 1998 (Afryka), Góra Kościuszki 1998 (Australia), Piramida Carstensza 1999 (Australazja). W latach 1995-1999 był prezesem Polskiego Związku Alpinizmu. W 2004 r. otrzymał od Prezydenta RP Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

Łukasz Kot: – Cierpnie skóra wielu ludziom, kiedy słyszą o wspinaczce wysokogórskiej, a w dodatku w niskiej temperaturze. Jakie były początki Pana przygody z górami i wspinaczką?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Leszek Cichy: – Na rok przed maturą pojechałem na 3 dni w Tatry. Udało nam się z bratem wejść na Kopieniec Wielki, który ma 1328 m. Znajduje się w reglowej partii Tatr Zachodnich i stamtąd zobaczyłem góry. Jak wróciłem do Warszawy, wiedziałem już, że będę się wspinał. Zacząłem czytać książki, literaturę specjalistyczną, przewodniki. Dla mojego młodszego o 2 lata brata był to przedostatni wyjazd w góry. Jak się okazuje, wspinaczka i alpinizm nie są zdeterminowane genetyczne. W góry trzeba się zapatrzeć i zauroczyć nimi.

– Skąd pomysł na wspinaczkę na Mount Everest?

– To, że Mount Everest, nikogo nie powinno dziwić. Jak jest najwyższy szczyt, to trzeba go próbować zdobyć, zwłaszcza jeśli ktoś już chodził po Himalajach lub Karacorum. Natomiast pomysł, żeby zdobyć go zimą, to był autorski zamysł naszego wielkiego kierownika i wspinacza Andrzeja Zawady.

– Może banalne pytanie, ale czy nie boi się Pan wspinać?

– Muszę zaakceptować ryzyko, jakie niesie pobyt w górach, żeby spokojnie się wspinać. Mnie wystarcza takie poczucie, że ja osobiście nie przyczyniam się do zwiększenia nadmiernego ryzyka. Natomiast akceptuję, że pewien obiektywny poziom ryzyka istnieje i na to specjalnie nie mam wpływu. Mam świadomość, że tylko góry są niebezpieczne, a ja się nie przyczyniam do zwiększenia tych niebezpieczeństw – to mi wystarcza, by wspinać się bez większego strachu.

– A gdybym zapytał o najmilszą wyprawę?

Reklama

– Na pewno wyprawa na Mount Everest zimą była taką najbardziej fascynującą. Było też kilkanaście wypraw towarzyskich, mniejszych, krótszych i mniej wyczerpujących. Wspomnę choćby wyprawę na Grenlandię czy na najwyższy szczyt Oceanii – Piramidę Carstensza. Byłem na wyprawie w 6-osobowym składzie na najwyższy szczyt Antarktydy – Mount Vinson. Wszystkie te ekspedycje wspominam jako świetne towarzyskie spotkania, tylko że w górach wysokich, poza Polską. Nie wszystkie kończyły się sukcesem. Taką moją zadrą jest niewątpliwie K2. Byłem na czterech wyprawach na K2, w tym na pierwszej zimowej. Za każdym razem byłem w najwyższym punkcie, który osiągnęli nasi wspinacze, ale nie udało mi się wejść, więc to jeszcze przede mną.

– Jakie są Pana marzenia, plany związane z alpinizmem?

– Mam dużo planów. Następną wyprawą będzie wejście na Mount Blanc, potem Kilimandżaro (wrzesień) i być może w przyszłym roku Nanaga Parbat lub K2 z zimową polską wyprawą na jeden z tych niezdobytych szczytów zimą.

– Co traktuje Pan jako odskocznię od alpinizmu?

– Lubię literaturę naukową. Interesuję się astronomią. Przez rok studiowałem fizykę, potem zmieniłem kierunek studiów, ale miłość do fizyki i astronomii pozostała. Interesują mnie wszelkie nowinki z tego zakresu z książek więcej niż popularno-naukowych. One są obecne w moich zakupach księgarskich.

– Co motywuje ludzi, którzy wybierają się z Panem na wyprawę? Wiem, że są to osoby różnych zawodów, profesji, którzy podczas takiej ekspedycji walczą ze swoimi słabościami. Co łączy tych ludzi?

Reklama

– Na Kilimandżaro byłem 17 czy 18 razy. Mniej więcej raz, dwa razy w roku. Często ludzie mnie pytają, czy wspinaczka mnie nie nuży. Po pierwsze staram się wybierać inne trasy na szczyt. Ale tak naprawdę żyję emocjami tych ludzi, których prowadzę, a wprowadziłem już ze 250 osób: Polaków, Austriaków, jednego Francuza. Staram się przekazać im swoją wiedzę, filozofię gór, ale jednocześnie uczę podstawowych zachowań np. jak się spakować, jak nosić plecak. Niekiedy ludzie mają bardzo zaciśnięte paski i dziwią się, że ręce im drętwieją. Jak dbać o suche buty, suche skarpety – to też ważne. W górach wysokich czasem mały drobiazg może zaważyć na całej wyprawie. Oczywiście, staram się motywować ludzi i muszę przyznać, że średnia wszystkich udanych wejść na Kilimandżaro jest rzędu 40 proc. a u mnie 98 proc. Motywuję ludzi metodą nagrodową. Pytam ich, jakiej nagrody oczekują, gdy wejdą na Kilimandżaro. Jak głośno to sobie powiedzą, traktują tę nagrodę jako już przyznaną. Okazuje się wtedy, że ten próg rezygnacji jest dużo wyższy niż oni by się spodziewali. To prowadzi do sukcesu.

– Były takie sytuacje kiedy ,,ktoś wymiękł” i były trudności z motywowaniem takiej osoby do dalszej wędrówki?

– Ciekawym zjawiskiem jest sytuacja, kiedy jedzie cała rodzina. Miałem kilka takich przypadków, że byli rodzice i jedno lub dwójka dzieci. Ta grupa się dobrze motywuje, ale jest też pewne ryzyko, że jeżeli jedna osoba z tej rodziny rezygnuje to niejako namawia psychicznie pozostałych do rezygnacji i wtedy moja rola polega, by natychmiast oddzielić tę osobę, która wykazuje słabą determinację od pozostałej cześć rodziny. Każę im natychmiast iść do góry, a ja zostaję ze zrezygnowanym i determinuję, wspieram, namawiam. W wielu przypadkach takie sytuacje zakończyły się sukcesem. Czasem bywa tak, że mąż nie dał rady wejść, a córka z matką zdobyły szczyt.

– Czego nauczyły Pana góry?

– Kilku rzeczy, ale przede wszystkim mieć marzenia, a potem – przez konsekwentne działanie, postępowanie – realizować je. To jest według mnie bardzo dobra recepta na sukces nie tylko w górach, ale i w biznesie, w działalności nauczycielskiej. Sam lubię dydaktykę i przez 14 lat prowadziłem zajęcia na Politechnice Warszawskiej. Miłość do przekazywania wiedzy pozostała we mnie.

– Co czuje alpinista, kiedy słyszy, że jego koledzy zginęli w górach?

– To jest bardzo osobisty smutek, bo tych ludzi znałem, z nimi spędziłem kilka miesięcy podczas kilku wypraw. Siedzieliśmy, nocowaliśmy w jednym namiocie. Wielu alpinistów, himalaistów nie wytrzymuje takiego obciążenia. Fakt, że ich koledzy giną jest powodem do rezygnacji ze wspinania. Na szczęście mamy taką dobrą cechę, że nawet jeśli spodziewamy się czegoś najgorszego, to myślimy zawsze pozytywnie i jest w nas optymizm, że to może spotkać kogoś innego, ale nie nas. To nam pozwala ciągle się wspinać.

2014-07-08 14:29

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Rozmowa z Andrzejem Gawronem

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

CZYTAJ DALEJ

Czy otwieram się na Bożą łaskę? Czy ją przyjmuję? Czy pozwalam, aby we mnie wzrastała?

2026-07-09 11:40

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

Adobe Stock

Siewcą jest przede wszystkim Bóg. On rozsiewa hojnie dobro. Udziela obficie swoich łask. Nikomu niczego nie szczędzi. Każdy człowiek jest obdarowany Jego darami. Nikt nie może więc powiedzieć, że ominęła go Boża łaska. Każdy ma jej tyle, ile potrzebuje.

Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: «Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!» Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: «Dlaczego mówisz do nich w przypowieściach?» On im odpowiedział: «Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i w nadmiarze mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą nawet to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że patrząc, nie widzą, i słuchając, nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: „Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli, i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił”. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy. Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na grunt skalisty oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia i jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane wreszcie na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny».
CZYTAJ DALEJ

Delegacja benedyktynów z wizytą w Rosji. Rozmowy o dialogu monastycznym i współpracy

2026-07-09 17:50

[ TEMATY ]

Rosja

benedyktyni

Wikipedia/Gec00

Medal z wizerunkiem św. Benedykta, założyciela zakonu benedyktynów

Medal z wizerunkiem św. Benedykta, założyciela zakonu benedyktynów

Od 30 czerwca do 3 lipca przebywała w Rosji Delegacja opatów i mnichów Konfederacji Benedyktyńskiej. Celem wizyty było poznanie życia monastycznego Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej oraz nawiązanie kontaktów sprzyjających dialogowi między wspólnotami monastycznymi.

Konfederacja Benedyktyńska zrzesza ponad 6 tys. mnichów i 12 tys. mniszek na całym świecie. Delegacji przewodniczył opat-prymas Jeremias Schroeder. W jej skład weszli m.in. opat opactwa Pannonhalma Kirill Hortobagyi, opat opactwa Montecassino Luca Fallica oraz opat klasztoru Einsiedeln Urban Federer.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję